niedziela, 15 marca 2015

O strachu. Lemon curd.


"Nie, nie zrobię bo za trudne/za dużo roboty/nie mam składników/(inna ulubiona wymówka)". Znacie to uczucie, kiedy przeglądanie książek czy blogów pełnych zdjęć w stylu foodgazm sprawia że macie chęć pędzić do kuchni i gotować? Jedyne co wtedy chodzi po głowie to wyobrażenie smaku, spis składników dania z fotografii i... rozczarowanie podczas czytania opisu przygotowania. Ucieranie na parze? Nieeee, to nie możliwe. Kilkugodzinne chłodzenie? Odpada. Gotowanie, smażenie, pieczenie na raz? Hmm... to nie ma prawa wyjść. I w ten sposób chęci upadają równie szybko co powstały.

Jednym z moich noworocznych postanowień było to, by więcej piec i w końcu się w tym temacie podszkolić. Uwielbiam słodkie (ale nie za słodkie), jestem absolutnym zjadaczem domowych wypieków i deserów, a batoniki i kupne paczkowane ciastka w ogóle mnie nie ruszają. Żeby jednak było chociaż z pozoru zdrowo, piekę tylko na weekend, a w ciągu tygodnia jeśli mam ochotę na coś słodkiego to najczęściej nakładam do miseczki jogurt, dokładam owoce i orzechy i polewam syropem daktylowym. Voila! Zdrowa przekąska gotowa. Ale weekendowy deser musi zaspokajać nawet największy cukrowy głód. Do gry wkracza wtedy najcięższa artyleria w postaci masła, nierafinowanego trzcinowego cukru (białego unikam), jajek i nierzadko czekolady. I właśnie w tym miejscu chcę wyjaśnić o czym pisałam w pierwszym paragrafie. Do niedawna moje chęci spalały na panewce właśnie ze względu na sposób przygotowania. Największe nawet ambicje i tak kończyły jako kolejne brownie (które mimo wszystko kocham i w końcu kiedyś muszę podzielić się przepisem). Ale koniec tego - powiedziałam sobie i zebrałam się na odwagę. Na pierwszy ogień poszedł czekoladowy mus (o ten), jakiś czas później czekoladowy fondant który zniknął zanim się zorientowałam że powinnam była go sfotografować, aż w końcu coś, co oglądałam na stronach chyba wszystkich brytyjskich książek kucharskich: lemon curd. Cytrynowy krem ucierany na parze, nie dość że ma prześliczny kolor, to do tego smaczny jak diabli. I jaki uniwersalny! Można go użyć i do cytrynowej tarty, i do naleśników a nawet do zwykłej grzanki. Ba, z gruszkową jaglanką też się lubi! Z wszystkim pyszny. Do tego wbrew pozorom bardzo prosty. Chwytajcie za garnki i miski! Słoiczki same się nie zapełnią :)


   Lemon curd 
   (z tej ilości wychodzą 2 małe słoiczki)

             Składniki:

  • 4 cytryny (skórka i sok)
  • 200 g cukru (użyłam demerara)
  • 100 g masła
  • 3 jajka + 1 żółtko
             Przygotowanie:
  1. Cytryny sparzyć i dokładnie wyszorować. Zetrzeć z każdej skórkę i wycisnąć sok. Wlać sok i skórkę oraz dodać pokrojone w kostkę masło i cukier do metalowej miski (lub garnka) którą potem będzie można umieścić na garnku z gotującą się wodą. To bardzo ważne, żeby miska nie dotykała wody! Zostawić mieszając co jakiś czas aż masło się rozpuści.
  2. Jajka i żółtko roztrzepać. Wlać do cytrynowej mieszanki, wciąż mieszając, najlepiej małą balonową trzepaczką.
  3. Mieszać zawartość miski jeszcze przez ok. 10 minut. Krem w tym czasie zgęstnieje i będzie czuć że coraz ciężej porusza się w nim trzepaczka. Zdjąć z ognia i zostawić do przestudzenia.
  4. Bardzo dokładnie umyć dwa słoiczki, zakrętki wyparzyć we wrzątku. Przelać wystudzony krem do suchych słoiczków i zakręcić. Trzymać w lodówce. Będzie dobry prze kilka tygodni.
Smacznego!
Uwagi:
1. Skorzystałam z przepisu Nigela Slatera, o, tego.
2. Raczej nie używa się go dużo. Jest mocno słodko-kwaśny, ma bardzo intensywny smak.

środa, 11 marca 2015

Oszukaństwo. Wegetariański pasztet z soczewicy.


Dziś przepis na coś, co uwielbiam w każdej postaci. Do tego jest wybawieniem dla wegetarian tęskniących za porządną pajdą chleba z kawałem paszteciora (czyt. kwintesencja pożywnej kanapki). Wege pasztet. Z cieciorki czy fasoli, soczewicy czy grochu, z grzybami czy cukinią, z marchewką czy pietruszką... Na samą myśl cieknie mi ślinka. Taką wersję chyba lubię nawet bardziej niż idealny pasztet z kury robiony przez moją babcię. I mimo pozornego podobieństwa do zmiksowanych past do chleba, myślę że pasztet to coś zupełnie innego. Ma głębszy smak, to z pewnością przez pieczenie. Nic, tylko ukroić pajdę najlepszego chleba na zakwasie (chociażby tego), dołożyć plasterki kiszonego ogóra, i zajadać ze smakiem.


   Pasztet z soczewicy


             Składniki:
  • 1 szklanka suchej zielonej soczewicy + 2 i 1/2 szklanki wody + listek laurowy
  • 40 dag pieczarek
  • 1 duża marchewka
  • 2 cebule
  • 4 łyżki oleju + do smażenia
  • przyprawy: sól, pieprz, kminek, gałka muszkatołowa, tymianek, odrobina curry
  • 1 i 1/2 łyżki sosu sojowego
  • 1 jajko
             Przygotowanie:
  1. Zagotować wodę w garnku, posolić, dodać listek laurowy. Soczewicę przepłukać i wsypać do wrzątku. Gotować do miękkości, ok. 30 minut. Listek wyrzucić a soczewicę odcedzić, włożyć z powrotem do garnka i odstawić do przestudzenia.
  2. Pieczarki obrać i zetrzeć na grubych oczkach tarki. Cebulę pokroić w kostkę. Marchewkę obrać i zetrzeć na grubych oczkach tarki. Na patelni rozgrzać olej (musi być go tyle żeby pokrył całe dno patelni). Wrzucić cebulę i podsmażyć aż się zeszkli. Dorzucić marchew i pieczarki. Smażyć aż woda z pieczarek odparuje a marchew zmięknie. Zawartość patelni przełożyć do garnka z soczewicą.
  3. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Masę doprawić do smaku przyprawami, dolać olej i sos sojowy. Wymieszać i zmiksować ręcznym blenderem, ale nie na zupełnie gładko, tylko tak by masa miała trochę grudek. Spróbować czy nie trzeba doprawić. Dodać jajko i dokładnie wymieszać. Przełożyć masę do formy do pieczenia i wstawić do piekarnika. Piec przez ok. 1 godzinę aż na powierzchni zrobi się skorupka. Jeść z dobrym chlebem i mlaskać z zadowolenia :)
Smacznego!
Uwagi:
-Myślę że ten pasztet spokojnie można zrobić w wersji wegańskiej, w miejsce jajka używając pół szklanki ugotowanej kaszy jaglanej i dodać jeszcze dwie łyżki oleju. 

poniedziałek, 9 marca 2015

Wróćmy do korzeni. Chleb z Vermont z większą ilością mąki razowej.


Czytałam niedawno ciekawy wywiad z Agatą Wojdą, szefową kuchni restauracji Opasły Tom. To nazwisko powinno być dobrze znane czytelnikom Kukbuka, jest tam stałą felietonistką. Nie będę opowiadać szczegółów artykułu, ale muszę przyznać że mnie urzekł. Wywiad zaczął się od tego czym różni się kuchnia prowadzona przez mężczyzn od kuchni prowadzonej przez kobiety, i że jest to różnica znacząca. Mężczyźni bardziej dają się ponieść wyobraźni, tworzą nowe dziwne formy, kobiety z kolei gotują w bezpieczny sposób. Oznaczało to tyle, że mocniej trzymają się tego, co sprawdzone i dobre. I to nie dlatego że są słabsze czy mniej kreatywne, tylko po prostu tak już jest. Dziewczynom chodzi nie o to by zaszokować, podchodzą do tego w bardziej emocjonalny sposób, bo przecież jedzeniem dzieli się z rodziną, przyjaciółmi... Chcą dzielić się jedzeniem prostym, ale przygotowanym z miłością. Z najlepszych składników, z wielką uwagą. I to wcale nie jest tak że zdekonstruowane przez mężczyzn pierogi ruskie czy pianki i pudry z boczków są złe, ale to są formy odświętne, na pewno niezbyt sprawdzają się na codzień.
Wojda mówiła o polskiej kuchni z dumą, ale z trochę innej perspektywy niż zazwyczaj mówi się o swojej kuchni narodowej. Mówiła jak wielkim jest dziedzictwem. Polscy żydzi którzy wyjechali do Izraela po wojnie przyzwyczajeni byli do tego jak gotowali jeszcze będąc w Europie, więc gdy zakładali restauracje u siebie, gotowali w nich to co umieli, nieświadomie tworząc polskie restauracje gdzie eleganckie panie wciąż jadły wiśnie z kompotu w sposób jaki był opisywany w książkach Marii Monatowej. Tak więc w niektórych miejscach ta kultura pozostaje niezmienna. Tyle że Polska zachłysnęła się światowymi trendami i ulegamy modom na te wszystkie syfony i metody sous-vide. Na szczęście nie wszyscy. W Opasłym Tomie spróbujemy dań z lokalnych produktów, ale w nieco odświeżonej formie. A jeśli kiedyś przyjdzie nam oprowadzać zagranicznych gości, to miejsce do którego warto pójść w ramach wycieczki krajoznawczej. Wprawdzie nie udało mi się jeszcze przyjść tam na obiad, ale naczytałam się tyle dobrych opinii, że wątpię by tyle ludzi się myliło.

Mimo słabości do próbowania wszystkich możliwych smaków, indyjskiego curry, japońskiego sushi, bananów, ananasów i egzotycznych owoców lubię czasem zjeść mielonego z buraczkami. Lubię prostotę domowej, polskiej kuchni. Uwielbiam produkty takie jak twaróg, kiszonki czy kaszanka, które gdzie indziej są co najmniej kontrowersyjne.
Ale największą dumą napawa mnie chleb, który nigdzie nie jest taki jak tu. W historycznej Polsce ludzie nie byli szczególnie bogaci, jedli bardzo skromnie. Na wsiach chłopi zajmowali się uprawą zboża, głównie żyta, które szczególnie dobrze przyjęło się w naszym klimacie, i dlatego Polacy stali się mistrzami wypieków na mące żytniej, mimo że dość trudno się z nią pracuje i ma inne właściwości i wymagania niż mąka pszenna. Dlatego by podnieść walory smakowe wypieków często mieszano mąki z tych zbóż. Kiedyś, w przeciwieństwie do dzisiejszych warunków, to chleb razowy był tańszy i bardziej dostępny. Białe pieczywo było towarem luksusowym, przeznaczonym tylko na specjalne okazje, a na pewno nie było jadane na codzień. Na początku chleb pieczono niemal tylko na zakwasie, drożdże używane były raczej w browarnictwie i wyrobie alkoholu, potem jednak zaczęto wykorzystywać je do robienia zaczynu. W piecach w wiejskich chałupach była specjalna komora w której pieczono chleb. Zazwyczaj robiło się tak, że w piecu paliło się przez cały dzień, i dopiero wieczorem, gdy był najbardziej rozpalony wsuwano wyrośnięte bochenki do komory które zostawały tam do rana, w tym czasie się wypiekając. Gospodyni przygotowywała dużą ilość ciasta, wyrabiała je ręcznie w dzieży przez około godzinę (to dopiero musiał być trening!) i formowała kilka lub jeden duży bochenek, bo chleb zazwyczaj piekło się raz na tydzień.
Dziś trudno o na prawdę dobre pieczywo. Często zanim znajdziemy piekarnię z prawdziwego zdarzenia musimy przebrnąć przez dmuchane buły z mąki złej jakości. Niby wszyscy wiemy że dla zdrowia lepszy jest ciemny chleb, tyle że przez pojęcie "ciemny" mówi się często o tych samych dmuchanych bułach tyle że zabarwionych karmelem. A dobry i niezwykle wartościowy chleb to razowy, z mąki razowej która jest mało przetworzona. Z takiej mąki nie odsiewa się otrąb, czyli naturalnej osłonki ziarna, a to właśnie w niej jest najwięcej wartości odżywczych, takich jak błonnik, żelazo czy witamina B. Porządny bochenek można też poznać po jego wadze: naprawdę dobry będzie ciężki. Tak samo o jego wartości możemy się przekonać po zapachu (powinien pachnieć lekko kwaśnie, to przyjemny zapach trochę mąki, trochę winnych jabłek) i jak długo jest świeży (sczerstwieje, ale po jakichś 2-3 dniach, a i tak nawet po niecałym tygodniu wciąż będzie dobry do jedzenia).

Z tej miłości do dobrego chleba postanowiłam sama nauczyć się go piec. Dostałam książkę jednego z chlebowych guru tych czasów, Jeffreya Hammelmana, przejrzałam od A do Z, zgłębiłam nieco pojęcia autolizy czy hydracji, wyhodowałam żytni zakwas i zaczęłam piec. Bez mieszarek i wyrabiaczy, ręcznie gniotę ciasto, czując dłońmi jak pod wpływem czasu wzmacnia się glutenowa siatka która nadaje ciastu pożądaną strukturę. Najbardziej fascynuje mnie to, że z trzech składników można wyczarować tak różne wypieki. To tylko mąka, woda i sól, a zależnie od ich proporcji, czasu fermentacji, ilości zagniatania, sposobu pieczenia z piekarnika za każdym razem wyjmujemy coś zupełnie innego. Chleb potrzebuje dużo uwagi, czasu i włożonego w to serca. Ale wysiłek się opłaci. W zamian za to wszystko, odwdzięczy się smakiem do którego zechce się wracać i zechce się nim dzielić. Smakiem, jakim żyła Polska jeszcze kilka wieków temu. Wróćmy do korzeni.


 Chleb z Vermont z większą ilością mąki razowej (autor: Jeffrey Hammelman)


             Składniki:

Zaczyn:
  • 90 g mąki pszennej chlebowej
  • 115 ml wody
  • 3 łyżki zakwasu (można dać dwie, zależy od mocy i dojrzałości zakwasu) (zakwas powinien być dokarmiony 10-12 godzin wcześniej)
Ciasto właściwe:
  • Cały zaczyn -3 łyżki (tym dokarmiamy zakwas)
  • 70 g mąki żytniej razowej
  • 295 g mąki pszennej chlebowej
  • 180 g wody
  • 1 mała łyżeczka soli
           
             Przygotowanie:
  1. Zaczyn: wymieszać wszystkie składniki na 12-16 godzin przed końcowym mieszaniem ciasta, miskę przykryć lnianą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce.
  2. Mieszanie: Dosypać do miski wszystkie składniki oprócz soli. Wymieszać łyżką aż się dokładnie połączą. Odstawić na 20-60 minut (autoliza). Po tym czasie powierzchnię ciasta posypać solą i wyrabiać rękoma przez 5-10 minut, aż będzie można czuć silniejszą strukturę ciasta (powinno stawiać opór podczas wyrabiania). 
  3. Fermentacja wstępna: odstawić ciasto na 75 minut, po tym czasie złożyć (składanie polega na podłożeniu palców pod spód z jednej strony i założeniu ciasta na 2/3 z drugiej strony wbijając je palcami do środka, potem zrobić analogicznie tylko od drugiej strony). 
  4. Formowanie: Ciasto wyjąć na blat posypany mąką, rozpłaszczyć i złożyć jak kopertę, składając rogi z czterech stron do środka, potem dokładając cztery powstałe rożki też do środka zlepiając wszystko na środku. Uformowany bochenek przełożyć tak by złączenie było na górze do durszlaka wyłożonego omączoną ściereczką do wyrastania na 2-2,5 godziny w ciepłym miejscu bez przewiewów.
  5. Pieczenie:  45 minut przed pieczeniem włożyć do piekarnika żeliwną patelnię lub żeliwny garnek, rozgrzać do 240 stopni. Po tym czasie wyjąć patelnię i przełożyć do niej chleb, tak by złączenie było na dole. Wierzch naciąć na górze na krzyż i włożyć do piekarnika. Piec 40 minut. Kroić po ostudzeniu.
Smacznego!

piątek, 13 lutego 2015

Czas się zatrzymał. Duszniki zdrój.


Moja rodzina jest rozrzucona po całej Polsce. I to jest największe szczęście jakie mnie spotkało.

Czas wolny od szkoły zawsze planuję wykorzystać na naukę, po czym i tak zawsze ląduje ona na ostatnim miejscu. Każda dłuższa przerwa jest pretekstem do wyjazdu, i zamiast przysypiać nad podręcznikami, cieszę się każdą chwilą spędzaną z bliskimi. Rozmawiamy, śmiejemy się, płaczemy, mówimy o szczęściu i strapieniach. Czasami są spięcia okupione łzami, po to by i tak w końcu zmienić się w nocne przesiadywanie na kanapie. Owinięci w koc oglądamy filmy, wyjadamy zapasy z kuchennych szafek. Cieszymy się chwilą. Cieszymy się sobą. 
Byle do następnego razu.

Włocławek już opisałam, teraz czas na Duszniki. To jest miejsce, w którym czas płynie inaczej. Jakby zatrzymał się kilka dekad temu i uwięził swoich mieszkańców lepką aurą beztroskiego życia. Można odnieść wrażenie, że wszyscy się tu znają, jak to w małych miasteczkach często bywa. Tu każdy pretekst jest dobry żeby wyjść na zewnątrz, z przyjemnością chodzi się na spacery wyszukując tematów do zdjęć. Aparat brałam prawie za każdym razem, zwłaszcza że drugi tydzień moich zimowych ferii rozpieszczał wiosennym niemal słońcem i coraz wyższą temperaturą, która zachęcała do zdejmowania czapek. Codziennie chodziłam po zakupy, w niegrzeszącym urodą blaszaku kupowałam roślinne mleko, soczewice, ziarna których bez skutku szukałam w Łodzi, a po prawdziwą wiejską śmietanę szłam przez stary rynek do sklepu obuwniczego. Gotowanie często sprawia mi znacznie większą przyjemność kiedy nie jestem u siebie, więc stałam nad garnkami rozmawiając o smakach, przepisach... Teraz jeszcze mocniej zaprzyjaźniłam się z drożdżami, robiąc placuszki na śniadanie, brioszki, pieczone pączki na tłusty czwartek (które niczym nie różniły się od smażonych, były pyszne! nawet moja sześcioletnia siostra skwitowała że są "jak ze sklepu" :) ). Na obiady smażyłam kurczaka, gotowałam tony kaszy, robiłam potrawki z brokułów i szpinaku. Zjadaliśmy wszystko. Cała moja rodzina to smakosze, bez wyjątku. 

Doładowałam baterie. Całymi dniami miałam snowboard przywiązany do nóg, bawiłam się z rodzeństwem, robiłam zdjęcia, chodziłam, gotowałam i rozmawiałam. Tak chciałabym żyć. Prosto w czynnościach, bogato w duchu. Z mądrymi ludźmi, takimi jakimi już teraz żyję. 

A w głowie wciąż mi gra ta piosenka. Mój kochany bracie, masz osiem lat i już taki dobry gust ;)

















niedziela, 1 lutego 2015

Jestem królikiem. Bezglutenowe babeczki z truskawką.


Przyszła moda na bycie uczulonym na wszystko. Jajka, laktozę, gluten... Jakby tego było mało, co druga osoba jest albo wegetarianinem, albo weganinem (weganem?). Z jednej strony trochę podśmiewam się z tych ludzi, a z drugiej ulegam stereotypom i też trochę próbuję tych diet. Nie zawsze do końca rygorystycznie, ale jednak staram się niektóre produkty z jadłospisu wykluczyć. Tylko że mam ku temu powód: od naprawdę wczesnego dzieciństwa mam problemy z trawieniem. Bolący brzuch, zgaga po dosłownie wszystkim (nawet po jaglance z gotowaną marchewką, bez żadnych przypraw) i te sprawy. Tak więc odkąd zaczęłam interesować się zdrowym odżywianiem, poczytałam co mogłoby być przyczyną moich dolegliwości. No właśnie... problem w tym, że w zasadzie to nie ma konkretnego wytłumaczenia. Lekarze też już rozkładają ręce. Więc cóż mi innego pozostało, niż po kolei wykluczać niektóre składniki i czekać, co na to powie mój układ pokarmowy.

W ten sposób spróbowałam już być wegetarianką (nie działa), CAŁKOWICIE wykluczyć laktozę (o jakie to były męki, nie móc jeść masła przez pół roku!) co przez jakieś 3-4 miesiące owszem działało, i już byłam gotowa pogodzić się z myślą że do końca życia nie będę mogła pić mleka i wszystkich przetworów które tak kocham, po czym brzuch powiedział "miło tak bez bólu, no nie? Hmm, było by szkoda, gdybym nawet bez laktozy znów przestał trawić. I wiesz co? tak właśnie zrobię, hehe", więc uznałam że nie zamierzam się bez celu ograniczać i do laktozy wróciłam. Teraz z kolei delikatnie testuję wykluczenie glutenu. Na chleb nie miałam nawet ostatnio ochoty, a makarony jadam na prawdę rzadko. Pszenicy i żyta w innej formie nigdy w menu nie miałam, więc problem z głowy. A bez jęczmiennego pęczaku jakoś się obejdzie. I nawet jest trochę lepiej, ale minęło za mało czasu by mówić o jakiejś niewiarygodnej poprawie.


W czasie tych eksperymentów z różnymi dietami lubię dostosowywać przepisy do konkretnych zasad. Dzięki temu nauczyłam się robić orzechowe mleka, bezmięsne pasztety i kotlety, i wiele innych smakowitych potraw. Ale jednego się bałam: bezglutenowego pieczenia. W internecie krąży masa przestróg że takie wypieki są gumowate, suche i często niezjadliwe. Raz spróbowałam kupnego bezglutenowego chleba. To był najobrzydliwszy chleb jaki kiedykolwiek jadłam. Na prawdę, podły tostowy chleb z biedry był przy nim przepyszny. Ale nie nie, tak łatwo to ja się nie poddaję, postanowiłam upiec coś bez pszenicy. Nie był to chleb, aż tyle odwagi nie mam. Na pierwszą bezglutenową próbę poszły babeczki. Dobre, poczciwe babeczki, które można skubać raz po raz, popijając kawą. Przejrzałam dużo internetowych przepisów ale żaden mi się nie podobał. Albo były na dziwnych mąkach (w życiu w Polsce nie widziałam mąki z sorgo), albo zawierały gumę ksantanową, która teoretycznie miała nadać wypiekom odpowiedniej struktury i wilgoci. Mniej więcej znając podstawowe proporcje na zwykłe muffinki, wymyśliłam przepis. I wyszły cudownie! Chyba nawet lepiej niż pszenne ;) Z piekarnika wyjęłam wyrośnięte, puszyste, wilgotne babeczki. I kolejny dowód na to, że chcieć to móc, i nawet nietolerancja nie jest w stanie zabrać wszystkich przyjemności.

 
   Bezglutenowe babeczki z truskawkami (10 babeczek)

             Składniki:

  • 1/2 szklanki mąki ryżowej
  • 1/4 szklanki mąki gryczanej
  • 1/4 szklanki mąki kukurydzianej
  • 1/4 szklanki mąki orzechowej*
  • 1 łyżeczka sody
  • 1/4 szklanki nierafinowanego brązowego cukru
  • 1 szklanka kefiru
  • 4 łyżki oleju lub roztopionego masła
  • 1 duża łyżka syropu z agawy
  • 1 jajko
  • 1/4 łyżeczki kardamonu
  • mrożone truskawki
             Przygotowanie:
  1. Przesiać wszystkie rodzaje mąk, sodę i kardamon do miski. Dodać cukier. Wymieszać.
  2. Dodać wszystkie płynne składniki i wymieszać tylko do momentu gdy składniki się połączą. W razie potrzeby dolać troszkę kefiru do odpowiedniej konsystencji.
  3. Blachę z wgłębieniami wyłożyć papierowymi papilotkami, każdą napełnić do 2/3 wysokości. Do środka włożyć zamrożoną truskawkę (nie rozmrażać ich przed pieczeniem).
  4. Włożyć blachę do piekarnika i piec ok. 25 minut aż patyczek włożony w środek będzie wychodzić suchy.
Smacznego!

   
Uwagi:
  1. Mąkę orzechową robię sama przy okazji robienia mleka orzechowego, na przykład takiego. Wióry które zostaną po odciśnięciu rozkruszam i wykładam na blachę do pieczenia, wkładam do piekarnika i nastawiam na jakieś 80 stopni i termoobieg i suszę, co jakiś czas sprawdzając ręką czy już wszystko jest suche, i ewentualnie rozdrabniając w palcach grudki. Przechowuję w słoiku.


niedziela, 18 stycznia 2015

Uciekam z talerzem. Hummus.

Bliskowschodnia kuchnia ma w sobie jakiś czar. Te wszystkie przyprawy, aromaty, warzywa... Przed oczami od razu staje mi obraz Marokańskiego targu (wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale za to naoglądałam się zdjęć ;). Wyobrażam sobie jak chodzę gwarnymi ścieżkami przy których stoją stoliki zapełnione kolorowymi półmiskami wypełnionymi jeszcze bardziej kolorowymi przyprawami których silny zapach gryzie w nos, świeżymi daktylami, egzotycznymi owocami, a dookoła słychać gardłowy język sprzedawców. Tak, to jest miejsce w którym mogłabym się teraz znaleźć.

Żeby za mocno nie cierpieć w deszczowej Polsce, zrobiłam sobie coś, co na moment zabrało stąd moją duszę. Klasyczny hummus. Uwielbiam go chyba najbardziej z wszystkich past, więc ukręcam go co najmniej raz na miesiąc. Świetny na drugie śniadanie do szkoły czy pracy, wystarczy przełożyć do szczelnego pojemniczka a obok ułożyć warzywa pokrojone w słupki. Mniam :) 

  
 Hummus

             Składniki:
  • 3 szklanki ugotowanej cieciorki
  • 3 łyżki oliwy
  • 3 malutkie ząbki czosnku (wystarczy jeden naprawdę spory)
  • 3 łyżki zmielonego sezamu
  • 2 łyżki wody z gotowania cieciorki
  • 1 łyżeczka oleju sezamowego
  • sok z połowy cytryny
  • płaska łyżeczka chilli (w proszku lub w postaci pasty np. sambal oelek)
  • sól do smaku
             Przygotowanie:
  1. Nic skomplikowanego: wrzucić wszystko do blendera i zmielić. Spróbować i ewentualnie doprawić do smaku. Gotowe :)
Smacznego!

   Uwagi:
  1. Tak na prawdę powinno się używać sezamowej pasty tahini, ale nigdy jej nie miałam więc zastępuję ją uprażonym i zmielonym na pastę sezamem (surowego sezamu w ziarnach będzie tu potrzebne około 1/3 szklanki. Wsypać ziarna na patelnię i, co jakiś czas mieszając, uprażyć aż zaczną ładnie pachnieć. Lekko przestudzić i zmielić w młynku do kawy.)
  2. Jak ugotować cieciorkę? Dzień wcześniej wieczorem wsypać półtorej szklanki suchej cieciorki do sporego garnka i zalać dużą ilością zimnej wody, tak by była jakieś 5-7 cm powyżej grochu. Rano wodę odlać, cieciorkę przepłukać, przesypać z powrotem do garnka i zalać gorącą wodą, tak by znów była 5 cm powyżej ziaren. Gotować pod przykryciem na małym ogniu co najmniej 2 godziny, aż będzie na tyle miękka że będzie można ją zgnieść i rozetrzeć między palcami.

środa, 7 stycznia 2015

Co mi przyniesiesz, panie czasie? Pecan Pie.


Wróciła szara codzienność. Wróciła szkoła. Wróciły obowiązki. Minął odpoczynek. Wróciłam ja. I mimo że święta zleciały równie szybko co cały poprzedni rok, coś zostało. Jakieś myśli, wspomnienia... 
Zaczął się 2015, a jak to na początku każdego roku, większość z nas robi postanowienia noworoczne (będę ćwiczyć, przejdę na dietę, będę pilnować terminów... chyba wszyscy znają tą litanię ;) . Po co? I tak wytrzymamy pierwszy tydzień, po czym skończy się motywacja i wszystko wróci do normy. Nie da się przewidzieć co się stanie za miesiąc czy dwa. Czas rzuca nami na wszystkie strony jak gałęziami na wietrze. Raz jest to wiatr ciepły i delikatny, muskający liście przyjemnościami, a raz jest zimowy i szorstki, zrywa z miejsca i niesie w nieznane. I to wszystko jest potrzebne. Myślę, że warto dać się ponieść i przystosować do tego co przyniesie życie. Byle myśleć, wyciągać wnioski i pamiętać o tym w przyszłości. Za każdym razem kiedy unikniemy błędu, przezwyciężymy strach (albo lenia...) robimy kroczek do przodu. I to takie kroczki najbardziej wpływają na to jakimi się staniemy ludźmi. Porywanie się od razu na wielkie zmiany "bo jest nowy rok" z góry są skazane na niepowodzenie. Do zmiany potrzebny jest czas. A jest go jeszcze dużo, w końcu z otwartymi rękoma czeka na nas kolejne 365 dni. 


Spędziłam jedne z najwspanialszych świąt w moim życiu. Niby to samo co zawsze, pojechałam do rodzinki i przesiedziałam tam dobre dwa i pół tygodnia. Ale w końcu odpoczęłam. Szkoła wysysa soki, pożera energię i przygniata swoim ciężarem. Zjada połowę dni, które w czasie zimy są tak krótkie. Jednak to, że potrzebowałam chwili na oddech poczułam po jakimś tygodniu przerwy. Wtedy dotarło do mnie że byłam zmęczona, i cudownie mi jest siedzieć przed kominkiem z książką. Albo w końcu oglądać filmy. Albo pomagać w kuchni. Albo chodzić na długie spacery z psem do lasu. Po prostu rozmawiać, śmiać się i być rodzinką.
 

A jakby było tego mało, dostałam najcudowniejszy prezent jaki mogłam chcieć: porządny aparat, wymarzoną lustrzankę. Ale zanim moje zdjęcia będą wyglądać tak, jakbym sobie tego życzyła, minie mnóstwo czasu. Fotografia to temat rzeka, trzeba czytać, czytać i czytać a jeszcze więcej praktykować. Póki co zdjęcia potraw na bloga były robione telefonem, kilka zdjęć (te na których jest ulica Piotrkowska) zostały zrobione małym analogiem (Olympus miu:, malutki i absolutnie bez żadnych funkcji, ale zdjęcia robi świetne), a teraz zaczynam swoją przygodę z prawdziwą fotografią cyfrową z Canonem EOS 30D, z którym już zdążyłam się polubić.

Włocławek jest o tyle dobry że mieszka tam dużo ludzi, więc jest idealnym miejscem do doskonalenia swoich umiejętności w kuchni. Tym bardziej że wszyscy ci ludzie włącznie ze mną, uwielbiają jeść. Najlepiej jak jest słodkie. Albo zdrowe. Albo jedno i drugie, chociaż i tak zazwyczaj kończy się na tym że zdrowe jest śniadanie, obiad i kolacja, ale deser już nie koniecznie. Nie ważne czy jest w cieście zakalec czy masa wyszła nie do końca tak jak powinna. Byle było coś słodkiego. Eksperymenty mile widziane. I w ten oto sposób, z moją amerykańską ciocią (10 lat w USA to wystarczająco by nazwać ją amerykanką) spróbowałyśmy zrobić iście amerykański deser który stanął w szranki na świątecznym stole naprzeciw idealnych wypieków babci. Bardzo słodki, ale wbrew pozorom nie aż taki strasznie niezdrowy (większość słodzideł można uznać za zdrowe, cukier wcale nie jest główny, poza tym używamy nierafinowanego trzcinowego). Podbił serca wszystkich, i tym samym otworzył przede mną świat wypieków zza oceanu. Ladies and gentleman, king Pecan Pie.

   Pecan Pie

             Składniki:

   Kruchy spód (idealny):
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki nierafinowanego cukru (pominąć do słonych wypieków)
  • 1 kostka masła
  • 1/2 szklanki kwaśnej śmietany
   Wypełnienie:
  • 2 szklanki orzechów pecan
  • 3 jajka
  • 1 szklanka syropu z agawy
  • 1/2 szklanki nierafinowanego cukru
  • 1 porządna łyżka melasy
  • 4 łyżki roztopionego masła
  • 1/2 łyżeczki soli

             Przygotowanie:
  1. Najpierw zagnieść ciasto: do miski przesiać mąkę, dosypać sól i cukier. Dodać pokrojone w kosteczkę masło i zacząć rozcierać z mąką między palcami aż mąka wchłonie masło i przestaniemy czuć między palcami kawałki masła. Następnie dodać śmietanę i dokładnie wymieszać widelcem z resztą ciasta. Uformować w dysk i schować do lodówki na co najmniej pół godziny. Po tym czasie cieniutko rozwałkować i wyłożyć nim formę do pie (okrągła, ceramiczna, z lekko rozszerzającym się brzegiem). Jeśli zostanie trochę ciasta, można je zamrozić i wykorzystać później.
  2. Piekarnik rozgrzać do 175 stopni. Orzechy wysypać na spodzie, wszystkie pozostałe składniki wymieszać i zalać miksturą orzechy. 
  3. Piec przez pierwsze pół godziny normalnie, po czym przykryć folią aluminiową i dopiekać ok. 40 minut. Gdyby za mocno się rumieniło, można przykryć folią wcześniej. Ciasto jest gotowe, gdy potrząśnięte będzie się lekko trząść po środku. Podczas wyjmowania masa będzie podniesiona, potem opadnie,

Smacznego!

   Uwagi:
  1. Orzechy pecan można kupić w Kauflandzie na wagę, w łupinkach. Niestety bardzo niemiło się je łupie: łupinka ciasno przylega do orzecha i ciężko go ładnie wyjąć. Jednak trud się opłaci. Orzechy w łupinkach zachowują znacznie więcej smaku i wartości niż te łupane.
  2. Polecam zrobić ciasto z podwójnej ilości i zamrozić. Gdy tylko najdzie ochota na pie wystarczy wyjąć z zamrażarki godzinę wcześniej żeby odtajało. A to jest na prawdę idealne ciasto kruche: cudnie maślane, kruchutkie i listkujące.
  3. Przepis zaczerpnęłam z tej strony.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...