sobota, 2 stycznia 2016

Od nowa

Już dawno przestałam robić postanowienia noworoczne. Motywacji starczało ledwie na tydzień i i tak zawsze wracałam do swojego normalnego rytmu życia. Przejdę na dietę, przestanę jeść cukier, będę regularnie ćwiczyć, przestanę marnować czas na głupoty i zajmę się tylko i wyłącznie szkołą. Jestem pewna że znacie tą litanię ;) I owszem, na początku się sprawdza, a w pierwszy weekend tłumaczymy sobie wszystkie występki zdrowym rozsądkiem, jak chociażby "no przecież jest niedziela, to chyba mogę zjeść ciastko" "za dużo tych lekcji, muszę dać odpocząć mózgowi, niech się biedny zresetuje".

Zamiast tego, postanowiłam obserwować siebie. Słuchać co mówi moje ciało. To niesamowite ile różnych znaków potrafi nam dawać. Jeśli czuję, że muszę pobiegać, pójdę pobiegać. Jeśli mam wenę, napiszę pracę do szkoły. Jeśli mam ochotę na jabłko, zjem jabłko. Skoro tego mi się chce, to znaczy że moje ciało tego potrzebuje. Potrzebuje odrobiny ruchu i świeżego powietrza. Potrzebuje dać ujście natchnieniu. Potrzebuje dawki owocowego cukru i składników mineralnych.

Już teraz, po tym całym świątecznym ucztowaniu usłyszałam kilka znaków. Po takiej ilości cukru moja twarz daje znaki że to już za dużo. Pełno na niej czerwonych punkcików, cera zrobiła się jakby bardziej szara, pozbawiona zdrowego koloru. Żołądek strajkuje. Wszystkie ciasta, ciastka i desery chyba aż zanadto nasyciły mój odwieczny cukrowy głód, i jak nigdy wcześniej przyszła mi ochota na zdrowe jedzenie. Mam ochotę na soki warzywne, proste posiłki, dużo kaszy, warzyw, zieleniny, sałatek. Po głowie wciąż kręcą mi się ujrzane zdjęcia talerzy pełnych warzyw. Już nie mogę się doczekać kiedy znowu zjem jedną z moich ulubionych sałatek, znalezioną na pięknym blogu pani Agnieszki (który polecam wszystkim miłośnikom fotografii analogowej, zachwycających i prostych zdjęć, codziennych migawek). Po powrocie do domu planuję krótki post na kaszy jaglanej, żeby oczyścić nieco organizm i utorować drogę tym wszystkim minerałom które zamierzam zjeść w postaci prostego, roślinnego jedzenia. Myślę że każdemu raz na jakiś czas taki post się przyda. Po więcej informacji odsyłam do biblii zdrowego jedzenia "Odżywianie dla zdrowia. Tradycje wschodnie i nowoczesna wiedza o żywieniu" Paul'a Pitchforda.

Oprócz oczyszczenia żołądka, chcę zrobić trochę miejsca w umyśle. Pozbyć się zeszłorocznych nerwów, dać miejsce tym nowym. Za pięć miesięcy czeka mnie matura, jeśli wszystko dobrze pójdzie to we wrześniu przeprowadzę się do innego kraju by studiować (tfu, tfu, odpukać w niemalowane, tak na wszelki wypadek :) ). To będzie rok zmian, tak coś czuję.

Ostatnio mało mnie tu było, ale szkoła zwaliła się na głowę milionem prac do napisania. Pewnie studia i praca magisterska to będzie pestka w porównaniu z tym, co muszę zrobić teraz. Jednak mam nadzieję że uda mi się nieco lepiej zorganizować mój czas, i od czasu do czasu wrzucę kilka przepisów. Może nie będą najbardziej wyszukane, skomplikowane i czasochłonne, ale trochę prostych sałatek na bazie kaszy na pewno też się przyda.

Tymczasem życzę wszystkim mnóstwo zdrowia, spokoju, miłości i mnóstwo inspiracji do działania i rozwijania swoich pasji.
Wszystkiego najlepszego w nowym roku,
Monika

niedziela, 27 września 2015

Niedziela. Moelleux au chocolat.


Niedziela rządzi się swoimi prawami. To dzień inny niż wszystkie. Leniwe obracanie się między warstwami pościeli. Powolne poranki, zwieńczone porządnym śniadaniem, na które w tygodniu nigdy nie ma czasu. Krążenie po domu w wielkim szlafroku. Książka. Film. Kawa. No i deser.

Niedziela nie będzie niedzielą jeśli nie pojawi się deser z prawdziwego zdarzenia, czyli taki opływający w cukier, masło, jajka czy czekoladę. I w takich przypadkach sięgam po jedną z moich ulubionych książek, czyli "Małą Paryską Kuchnię" Rachel Khoo. Francuskie desery mają w sobie to "coś", co zaspokoi każde cukrowe pragnienie. Wbrew pozorom przepisy wcale nie są tak skomplikowane, jak mogą się wydawać. I tak było też w przypadku moelleux au chocolat, znanego też jako fondant, czy lava cake. To ciepła czekoladowa babeczka z płynną czekoladą uwięzioną w środku. Po przekrojeniu brzegów wylewa się istna czekoladowa lawa, stąd angielska nazwa tego deseru. Jednak ta francuska brzmi jak najlepszy deser na świecie, dlatego to nią wolę się posługiwać.

Ten deser aż prosi się o parę dodatków. Żeby nie przyćmić głównej gwiazdy w postaci czekolady, warto dobrać coś co z nią będzie kontrastować, to świetnie podbija smak. Ja zazwyczaj decyduję się na kwaśne owoce (jagodowe są świetne), i kleks śmietany.
Szykujcie miski i foremki. Po chwili przygotowań potrzebne będą tylko ładne talerzyki, łyżeczki i dobre towarzystwo. W końcu z kimś trzeba omówić, jakie to było dobre.
  
   
   Moelleux au chocolat (3 porcje) (Na podstawie książki "Mała Paryska Kuchnia Rachel Khoo)


             Składniki:
  • 85 g gorzkiej czekolady 
  • 85 g masła
  • 85 g cukru trzcinowego
  • 40 g mąki
  • 3 jajka
             Przygotowanie:
  1. Roztopić czekoladę z masłem w kąpieli wodnej*
  2. Jajka lekko ubić. Dodać roztopione i przestudzone masło z czekoladą. Wymieszać.
  3. W misce wymieszać mąkę z cukrem. Dodać miksturę jajeczną i wszystko dokładnie wymieszać.
  4. Kokilki wysmarować masłem i wysypać kakao, tak by ścianki były nim równomiernie pokryte. Do każdej wlać równe ilości masy czekoladowej. Włożyć na godzinę do lodówki**.
  5. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Do nagrzanego pieca włożyć kokilki prosto z lodówki. Piec około 15-20 minut. Po 15 minutach trzeba obserwować. Babeczki gotowe są wtedy, kiedy tylko zetnie się wierzch. Nie można trzymać dłużej, bo środek się zetnie.
  6. Wyjąć, z piekarnika, poczekać 2 minuty i wyłożyć babeczki na talerzyk (by to zrobić, należy położyć na wierzchu kokilki talerzyk i odwrócić wszystko, tak by talerzyk był na dole. Babeczka powinna sama wypaść z foremki).
  7. Podawać z kleksem śmietany i owocami.
*Do małego garnka wlać ok. 1-2 cm wody i zagotować. Na wierzchu postawić metalową miskę , tak by nie dotykała dnem wody. Do miski włożyć składniki i czekać, aż rozpuszczą się pod wpływem pary.
**Dzięki temu, po wstawieniu do piekarnika, środek pozostanie zimny i nie będzie się ścinał tak szybko jak brzegi.


Smacznego!

piątek, 18 września 2015

Paliwo, vol.2. Sałatka z ryżu, batatów i papryki.

Chyba czas na całą serię o szkolnym jedzeniu. Każdy uczeń liceum spędza w szkole co najmniej pół dnia. Każdy uczeń IB spędza w szkole 3/4 dnia. Myślenie też męczy. I to porządnie. Zajęcia od 8 rano do 17 potrafią wysysać wszystkie soki, zwłaszcza kiedy nie ma nic zdrowego i dobrego do jedzenia, albo, o zgrozo, w ogóle nie ma nic do jedzenia. To jest na prawdę ważne, żeby w czasie zajęć co jakiś czas coś zjeść, organizm musi mieć na czym pracować. Dlatego uważam, że każdy uczeń powinien wyrobić sobie nawyk zabierania ze sobą pudełeczka z jedzeniem. Zdrowym, odżywczym jedzeniem.


Niedługo napiszę post w którym zbiorę wszystkie informacje i porady o tym co zabierać a czego lepiej nie, jak to spakować, ile to przetrwa, jak to jeść, i czy nie zaleje całej torby. Wszystko oparte na doświadczeniach z ostatnich trzech lat, czyli odkąd nie wyszłam do szkoły bez nieśmiertelnego pudełeczka z drugim śniadaniem.

Dzisiejsza sałatka była dobra. Bardzo dobra. Pieczone warzywa, w przeciwieństwie do gotowanych, mają taki plus że mają bardzo mocno skoncentrowany smak i dzięki temu spokojnie mogą być główną gwiazdą dania. Coś dla mięsożerców, bo według mnie są w stanie zapełnić smakową dziurę w wegetariańskich daniach. A papryki i batatów polecam od razu upiec więcej. Uwierzcie, przyda się. Tą sałatkę można jeść codziennie.

   Sałatka z ryżu i pieczonych batatów i papryki

             Składniki:
  • 1 mały batat
  • 3-4 łyżki ugotowanego brązowego ryżu
  • 1/2 dużej czerwonej papryki
  • Garść suszonej żurawiny
  • Garść orzechów prażonych w sosie sojowym
  • Oliwa z oliwek
  • Sól, pieprz, garam masala
  • Sok z cytryny
             Przygotowanie:     
  1. Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Batata obrać i pokroić w grubą kostkę, z papryki wyjąć gniazdo z pestkami. Bataty polać oliwą, posypać solą, pieprzem i szczyptą garam masali (ewentualnie po szczypcie cynamonu, kuminu, tymianku, chili), wymieszać i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, paprykę położyć rozcięciem na blasze. Piec 30 minut. Skórka papryki lekko się przypali, ale nie należy się tym martwić
  2. Warzywa ostudzić. Paprykę obrać Ze skórki
  3. W miseczce wymieszać wszystkie składniki, polać łyżeczką oliwy, skropić sokiem z cytryny, doprawić do smaku solą i pieprzem.        
Smacznego!

wtorek, 15 września 2015

Paliwo. Sałatka z kaszy gryczanej, dyni i awokado.

Ostatnio mam straszną ochotę na proste, warzywne jedzenie. Co kilka dni wieczorem zalewam wodą szklankę strączków, które za sprawą kuchennej magii powiększają kilkakrotnie swoją objętość i są gotowe zmienić się w pasztety, kotlety, a nawet mleko. Do tego kasze. Duuuużo kasz. Jaglana na śniadanie, gryczana na obiad i pęczak na kolację. Ale czym by były posiłki bez warzyw? W końcu właśnie teraz przyszedł czas na najsłodsze, najbardziej dojrzałe, najokazalsze i najpyszniejsze dynie, marchewki, fasolki szparagowe, buraki, kalafiory, pomidory, grzyby... A jak mogłabym zapomnieć o owocach? Bez smoothie na drugie śniadanie ani myślę wyjść z domu. Trzeba się spieszyć z jedzeniem borówek, malin i jeżyn, trzeba się nimi nasycić na zapas. Właśnie teraz, kiedy są jak istne smakowe bomby. Żeby nieco osłodzić sobie wizję zimy bez tych słodyczy, układam w zamrażalniku pojemniczki wypełnione po brzegi owocami. Żeby było co do koktajli wrzucić. I żeby crumble był smaczniejszy.


Tą sałatkę wzięłam dziś do szkoły na obiad. Słodka od dyni, maślana od awokado, chrupiąca i słona od orzechów, i lekko goryczkowa od kaszy. Bardzo rozgrzewająca. Napakowana wartościami odżywczymi po same brzegi. Zróbcie wieczorem, a rano tylko spakujcie do torby, i zabierzcie ze sobą, do zjedzenia w czasie zajęć. Żeby mózg miał na czym pracować. I żeby kiszki nie grały marsza przez tyle godzin.

   Sałatka z kaszy gryczanej, dyni i awokado

             Składniki:
  • 1/4 szklanki suchej kaszy gryczanej
  • ćwierć upieczonej dyni (u mnie hokkaido)
  • 1/2 awokado
  • garść natki pietruszki
  • garść orzechów prażonych w sosie sojowym (przepis poniżej)
  • sól, pieprz
   Sos:
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 3 łyżeczki oliwy z oliwek
  • 1/2 łyżeczki miodu
  • 1/2 łyżeczki pasty curry
  • szczypta kurkumy
             Przygotowanie:
  1. Pół szklanki wody doprowadzić do wrzenia, wsypać szczyptę soli i kaszę. Gotować ok. 15 minut, aż kasza wchłonie wodę.
  2. Zrobić sos: wszystkie składniki wlać do małego słoiczka i energicznie potrząsać, aż zrobi się gładki sos.
  3. Dynię i awokado obrać ze skórki i pokroić w kostkę, natkę posiekać.
  4. Wszystkie składniki połączyć w miseczce, dodać sos, sól i pieprz do smaku, i dokładnie wymieszać.

   Orzechy słodko-słone

             Składniki:
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 1/4 szklanki pestek słonecznika
  • 1/4 szklanki pestek dyni
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • szczypta soli morskiej
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 1 łyżka syropu z agawy
             Przygotowanie:
  1. Wszystkie składniki połączyć na małej patelni.
  2. Prażyć przez kilka minut, wciąż mieszając łyżką, aż w całej kuchni zacznie intensywnie pachnieć.
  3. Przechowywać w słoiku. Dodawać do sałatek.
Smacznego!

wtorek, 4 sierpnia 2015

Z łakomstwa. Makaron z pomidorami i śliwkami.


I znów nadszedł ten cudowny czas w ciągu roku, kiedy nie chce się jeść nic innego poza owocami i warzywami. Owoce to na surowo, podgryzane ot tak, albo w miseczce z jogurtem. Warzywa zresztą też najlepiej smakują tylko umyte i pokrojone, a te które potrzebują obróbki i tak zazwyczaj lądują na talerzu po krótkim blanszowaniu i doprawieniu tylko solą i oliwą. To w zupełności wystarcza. Same w sobie są małymi bombami które eksplodują na języku całym swoim aromatem. Każdy najmniejszy smaczek rozlewa się w ustach by złączyć się w całość i smakować sierpniowym pomidorem albo śliwką późnego lata.

Warto próbować każdej rzeczy oddzielnie, po to, żeby dokładnie poznać jej smak. Rozłożyć go na czynniki pierwsze, zamknąć oczy i przez chwilę pomyśleć z czego się ten konkretny pomidor składa. Może niektóre mają w sobie coś, co będzie też składnikiem jakiegoś innego warzywa? Może nawet owoca? Tak właśnie przegryzając sobie to to, to tamto, doszło do mnie, że pomidor i śliwka mają ze sobą dużo wspólnego. Kwaskowate, z jakąś delikatną słodyczą... Śliwka jest nieco twardsza, pomidor za to mocniej wodnisty... A gdyby je tak połączyć? Ale nie na słodko, pomyślmy o obiedzie. Do pomidora pasuje mozzarella, a skoro śliwka też się lubi z pomidorem to powinno być dobrze. Jak pomidor i mozzarella, to oczywiście makaron. Ale nie taki zwykły. Ziemisty smak razowej mąki będzie się świetnie uzupełniał z korzenną słodyczą śliwek. A na koniec, żeby tylko wzmocnić smak obydwu, wystarczy odrobina bazylii i oliwy. Finito! Klasyczne włoskie połączenie nabiera zupełnie nowego oblicza, dzięki jednemu dodatkowi. A wszystko przez podjadanie śliwek w czasie gotowania makaronu...


   Makaron razowy z pomidorami i śliwkami

             Składniki:
  • garść makaronu razowego 
  • średni pomidor
  • 2-3 śliwki
  • pół kulki mozzarelli
  • sół, pieprz
  • oliwa z oliwek
  • bazylia (najlepiej świeża, ale akurat nie miałam więc użyłam suszonej)
             Przygotowanie:
  1. Zagotować wodę na makaron, posolić i gotować makaron aż będzie al dente.
  2. Pomidory i śliwki pokroić na kawałki podobnej wielkości.
  3. Makaron wyłożyć na talerz, dorzucić pomidory i śliwki, posypać szczyptą soli i pieprzu, porwać mozzarellę i dodać kilka listków (lub szczyptę suszonej) bazylii. 
Smacznego!

niedziela, 2 sierpnia 2015

Znalazłam dom. Anglia.


Klasę IB wybrałam z dwóch ważnych powodów: kończąc liceum językiem Angielskim będę się posługiwać niemal tak jak Polskim, i dostanie się na dowolny uniwersytet w każdym kraju będzie 3 razy prostsze. Od początku nastawiłam się na to, że na studia wyjeżdżam do Wielkiej Brytanii. I w ogóle nie ma innej opcji. W tych krajach zakochałam się już jakiś czas temu, ze względu na kulturę, muzykę, modę, język (ach, ten akcent...). Do niedawna tylko w wyobraźni tworzyłam sobie obraz wszystkich miast, tego jak wyglądają i jaka atmosfera w nich panuje. Wyobrażałam sobie całodzienne włóczęgi po Londynie, Bristolu, Glasgow. Do niedawna.

Na początku lipca spełniło się jedno z moich największych marzeń. Pojechałam do Anglii. Wprawdzie na o wiele za krótko, bo tylko na 3 dni. Jeden spędzony w Cambridge, dwa w Londynie. 

Cambridge zachwyciło klasycznym wyglądem. Wszystkie budynki w wiktoriańskim stylu, z kolorowymi drzwiami zabawnie odstającymi na tle beżowego koloru murów, najpiękniejszy uniwersytet który wpuszcza światło przez kolorowe szkiełka witraży w oknach. Głowę mogę dać że nauka w takim miejscu to czysta przyjemność, o ile w ogóle studenci są w stanie się skupić na książkach, kiedy największą przyjemnością jest snucie się po miasteczku. Oprócz tego jest mnóstwo zieleni. Jakby miasto było zbudowane w ogrodzie, a potem naturalnie rozrosło się poza zielony teren bo mieszkańcy nie chcieli naruszać roślin. Wyjechałam stamtąd z głową zaprzątniętą myślami jak świetnie musi wyglądać studenckie życie w takim miejscu.









Punkt programu: Londyn. Miasto-wszechświat. Wielkie, kolorowe, pełne ludzi, pełne kontrastów, pełne możliwości. Nowoczesne ale w starym stylu. Otwarte na ludzi ale przesiąknięte swoją do bólu brytyjską atmosferą. Dwa dni spędziłam na włóczeniu się po jego ulicach, siedząc na trawie w parkach i skwerach, robiąc zdjęcia, przyglądając się ludziom, podziwiając jak pięknie jest zbudowany... Wdychałam do płuc angielskiego ducha, wszystkie aromaty, od zapachów kawy i jedzenia po spaliny z czarnych taksówek. Oczywiście nie mogłam odpuścić sobie wizyty w kilku barach, sklepach i cukierniach, odhaczając po kolei Whole Foods, Nordic Bakery, Ottolenghi i Crumbs & Doilies, za każdym razem wpadając w ekstazę znaną każdemu kto kocha dobre jedzenie. Oprócz tego wchodziłam do co drugiego sklepu odzieżowego próbując znaleźć te wszystkie kolorowo hipsterskie ubrania które nonszalancko nosili londyńczycy, księgarnie w których byłam w stanie spędzić pół dnia oglądając książki kucharskie i gazety takie jak Kinfolk czy Cereal, no i sklepy z płytami i winylami, których jest istne zatrzęsienie na każdej ulicy. 









Oprócz tego byłam pod wrażeniem jak przyjaźni są tam ludzie. Za każdym razem stojąc przy kasie sprzedawcy pytali jak minął mi dzień, a ja opowiadałam im o tym jak bardzo podoba mi się w Anglii. Jednego dnia gdy siedziałam na murku zajadając cynamonową bułeczkę z Nordic Bakery podszedł do mnie młody chłopak i zaczął rozmawiać jak gdyby nigdy nic, jakbyśmy się znali od dawna. Opowiedział mi o mieszaniu w Londynie, jak wspaniali są tu ludzie w porównaniu do Paryża czy Kopenhagi w których mieszkał wcześniej, poradził gdzie jeszcze powinnam się przejść... Na prawdę mogłam z nim porozmawiać jak ze znajomym. Nie wspominając o tym że wymienianie uśmiechów  jest na porządku dziennym. To wszystko jest tam naturalne, absolutnie nie ma się odczucia że to tylko tak na pokaz.







Wpadłam po uszy. Wszystkie wyidealizowane obrazy stworzone w wyobraźni okazały się prawdziwe. Już nie mam wątpliwości że to jedyne miejsce w którym chcę studiować, potem znaleźć pracę i chyba już nie wracać. Znalazłam dom. Znalazłam miejsce gdzie powinnam była się urodzić.


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Zimne proszę. Granola.


Czerwiec przywitał się ze światem truskawkami, słońcem i ciepłym powietrzem. Wszedł do miasta i zaczął zabawiać ludzi. Dziewczyny stroją się w sukienki które powiewają na wietrze i chodzą z torbami wypełnionymi młodymi warzywnymi zdobyczami z targów. Rodziny zachęcone śliczną pogodą chwytają koszyki z owocami i lemoniadą i jadą do parków, posiedzieć na trawie, wąchać kwitnący jaśmin i nakarmić kaczki czerstwym chlebem. Ulice ożywają, tłumy młodych ludzi spragnionych swojego towarzystwa spotykają się pod wieczór i siedzą w restauracyjnych ogródkach sącząc zimne piwo, obserwując jak miasto tętni życiem. Gdyby tylko nadchodzący koniec roku szkolnego nie niósł ze sobą takiej ilości sprawdzianów, już pewnie nie zobaczylibyśmy nikogo w ławkach. Jednak wizja dwu miesięcznego lenistwa podnosi na duchu, dając motywację na te ostatnie kilka dni.


Kiedy robi się tak ciepło, mija ochota na gorące zupy, rozgrzewające gulasze i potrawki. Naturalnie przechodzimy na chłodniki czy koktajle. W taki sam sposób zamiast porannej owsianki lepszym rozwiązaniem będzie granola z jogurtem i owocami. Ten przepis jest bardzo uniwersalny, można go dowolnie zmieniać, dodając albo odejmując składniki według własnego widzimisię. Długo szukałam przepisu na granolę idealną, i ta w końcu taka jest. Nie pali się w czasie pieczenia, nie jest za słodka. A rano wystarczy wsypać ją do miski razem z dodatkami, i najszybsze śniadanie gotowe. Do tego jest zdrowe. O tym że jest pyszne chyba nie muszę już wspominać :)


   Granola (przepis z Kukbuka nr 3)

             Składniki:
  • 3 szklanki płatków owsianych
  • 3 kopiaste łyżki dowolnych otrębów
  • 100 ml soku jabłkowego*
  • 3 kopiaste łyżki miodu lub syropu z agawy
  • 2 łyżki oleju
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka imbiru
  • 1/3 łyżeczki soli
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 1/2 szklanki słonecznika
  • 1/2 szklanki pestek dyni
  • kilka garści mieszanki rodzynek i żurawiny
           
             Przygotowanie:
  1. Nagrzać piekarnik do 180 stopni. Wszystkie składniki oprócz suszonych owoców wymieszać w misce. Wyłożyć mieszankę na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i wsunąć do piekarnika. Po 15 minutach przemieszać łyżką. Piec kolejne 15 minut w tej samej temperaturze i znów przemieszać. Zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec ostatnie 5-10 minut, już praktycznie nie spuszczając oka z granoli, tak by się nie spaliła.
  2. Wyjąć na blat i zostawić do ostudzenia. Do zimnej granoli dodać żurawinę i rodzynki i przesypać wszystko do szczelnego słoja.
Smacznego! 

*używam soku wyciśniętego w sokowirówce, ale równie dobrze można użyć dobrego soku jabłkowego, np. jednodniowego ekologicznego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...