piątek, 13 lutego 2015

Czas się zatrzymał. Duszniki zdrój.


Moja rodzina jest rozrzucona po całej Polsce. I to jest największe szczęście jakie mnie spotkało.

Czas wolny od szkoły zawsze planuję wykorzystać na naukę, po czym i tak zawsze ląduje ona na ostatnim miejscu. Każda dłuższa przerwa jest pretekstem do wyjazdu, i zamiast przysypiać nad podręcznikami, cieszę się każdą chwilą spędzaną z bliskimi. Rozmawiamy, śmiejemy się, płaczemy, mówimy o szczęściu i strapieniach. Czasami są spięcia okupione łzami, po to by i tak w końcu zmienić się w nocne przesiadywanie na kanapie. Owinięci w koc oglądamy filmy, wyjadamy zapasy z kuchennych szafek. Cieszymy się chwilą. Cieszymy się sobą. 
Byle do następnego razu.

Włocławek już opisałam, teraz czas na Duszniki. To jest miejsce, w którym czas płynie inaczej. Jakby zatrzymał się kilka dekad temu i uwięził swoich mieszkańców lepką aurą beztroskiego życia. Można odnieść wrażenie, że wszyscy się tu znają, jak to w małych miasteczkach często bywa. Tu każdy pretekst jest dobry żeby wyjść na zewnątrz, z przyjemnością chodzi się na spacery wyszukując tematów do zdjęć. Aparat brałam prawie za każdym razem, zwłaszcza że drugi tydzień moich zimowych ferii rozpieszczał wiosennym niemal słońcem i coraz wyższą temperaturą, która zachęcała do zdejmowania czapek. Codziennie chodziłam po zakupy, w niegrzeszącym urodą blaszaku kupowałam roślinne mleko, soczewice, ziarna których bez skutku szukałam w Łodzi, a po prawdziwą wiejską śmietanę szłam przez stary rynek do sklepu obuwniczego. Gotowanie często sprawia mi znacznie większą przyjemność kiedy nie jestem u siebie, więc stałam nad garnkami rozmawiając o smakach, przepisach... Teraz jeszcze mocniej zaprzyjaźniłam się z drożdżami, robiąc placuszki na śniadanie, brioszki, pieczone pączki na tłusty czwartek (które niczym nie różniły się od smażonych, były pyszne! nawet moja sześcioletnia siostra skwitowała że są "jak ze sklepu" :) ). Na obiady smażyłam kurczaka, gotowałam tony kaszy, robiłam potrawki z brokułów i szpinaku. Zjadaliśmy wszystko. Cała moja rodzina to smakosze, bez wyjątku. 

Doładowałam baterie. Całymi dniami miałam snowboard przywiązany do nóg, bawiłam się z rodzeństwem, robiłam zdjęcia, chodziłam, gotowałam i rozmawiałam. Tak chciałabym żyć. Prosto w czynnościach, bogato w duchu. Z mądrymi ludźmi, takimi jakimi już teraz żyję. 

A w głowie wciąż mi gra ta piosenka. Mój kochany bracie, masz osiem lat i już taki dobry gust ;)

















niedziela, 1 lutego 2015

Jestem królikiem. Bezglutenowe babeczki z truskawką.


Przyszła moda na bycie uczulonym na wszystko. Jajka, laktozę, gluten... Jakby tego było mało, co druga osoba jest albo wegetarianinem, albo weganinem (weganem?). Z jednej strony trochę podśmiewam się z tych ludzi, a z drugiej ulegam stereotypom i też trochę próbuję tych diet. Nie zawsze do końca rygorystycznie, ale jednak staram się niektóre produkty z jadłospisu wykluczyć. Tylko że mam ku temu powód: od naprawdę wczesnego dzieciństwa mam problemy z trawieniem. Bolący brzuch, zgaga po dosłownie wszystkim (nawet po jaglance z gotowaną marchewką, bez żadnych przypraw) i te sprawy. Tak więc odkąd zaczęłam interesować się zdrowym odżywianiem, poczytałam co mogłoby być przyczyną moich dolegliwości. No właśnie... problem w tym, że w zasadzie to nie ma konkretnego wytłumaczenia. Lekarze też już rozkładają ręce. Więc cóż mi innego pozostało, niż po kolei wykluczać niektóre składniki i czekać, co na to powie mój układ pokarmowy.

W ten sposób spróbowałam już być wegetarianką (nie działa), CAŁKOWICIE wykluczyć laktozę (o jakie to były męki, nie móc jeść masła przez pół roku!) co przez jakieś 3-4 miesiące owszem działało, i już byłam gotowa pogodzić się z myślą że do końca życia nie będę mogła pić mleka i wszystkich przetworów które tak kocham, po czym brzuch powiedział "miło tak bez bólu, no nie? Hmm, było by szkoda, gdybym nawet bez laktozy znów przestał trawić. I wiesz co? tak właśnie zrobię, hehe", więc uznałam że nie zamierzam się bez celu ograniczać i do laktozy wróciłam. Teraz z kolei delikatnie testuję wykluczenie glutenu. Na chleb nie miałam nawet ostatnio ochoty, a makarony jadam na prawdę rzadko. Pszenicy i żyta w innej formie nigdy w menu nie miałam, więc problem z głowy. A bez jęczmiennego pęczaku jakoś się obejdzie. I nawet jest trochę lepiej, ale minęło za mało czasu by mówić o jakiejś niewiarygodnej poprawie.


W czasie tych eksperymentów z różnymi dietami lubię dostosowywać przepisy do konkretnych zasad. Dzięki temu nauczyłam się robić orzechowe mleka, bezmięsne pasztety i kotlety, i wiele innych smakowitych potraw. Ale jednego się bałam: bezglutenowego pieczenia. W internecie krąży masa przestróg że takie wypieki są gumowate, suche i często niezjadliwe. Raz spróbowałam kupnego bezglutenowego chleba. To był najobrzydliwszy chleb jaki kiedykolwiek jadłam. Na prawdę, podły tostowy chleb z biedry był przy nim przepyszny. Ale nie nie, tak łatwo to ja się nie poddaję, postanowiłam upiec coś bez pszenicy. Nie był to chleb, aż tyle odwagi nie mam. Na pierwszą bezglutenową próbę poszły babeczki. Dobre, poczciwe babeczki, które można skubać raz po raz, popijając kawą. Przejrzałam dużo internetowych przepisów ale żaden mi się nie podobał. Albo były na dziwnych mąkach (w życiu w Polsce nie widziałam mąki z sorgo), albo zawierały gumę ksantanową, która teoretycznie miała nadać wypiekom odpowiedniej struktury i wilgoci. Mniej więcej znając podstawowe proporcje na zwykłe muffinki, wymyśliłam przepis. I wyszły cudownie! Chyba nawet lepiej niż pszenne ;) Z piekarnika wyjęłam wyrośnięte, puszyste, wilgotne babeczki. I kolejny dowód na to, że chcieć to móc, i nawet nietolerancja nie jest w stanie zabrać wszystkich przyjemności.

 
   Bezglutenowe babeczki z truskawkami (10 babeczek)

             Składniki:

  • 1/2 szklanki mąki ryżowej
  • 1/4 szklanki mąki gryczanej
  • 1/4 szklanki mąki kukurydzianej
  • 1/4 szklanki mąki orzechowej*
  • 1 łyżeczka sody
  • 1/4 szklanki nierafinowanego brązowego cukru
  • 1 szklanka kefiru
  • 4 łyżki oleju lub roztopionego masła
  • 1 duża łyżka syropu z agawy
  • 1 jajko
  • 1/4 łyżeczki kardamonu
  • mrożone truskawki
             Przygotowanie:
  1. Przesiać wszystkie rodzaje mąk, sodę i kardamon do miski. Dodać cukier. Wymieszać.
  2. Dodać wszystkie płynne składniki i wymieszać tylko do momentu gdy składniki się połączą. W razie potrzeby dolać troszkę kefiru do odpowiedniej konsystencji.
  3. Blachę z wgłębieniami wyłożyć papierowymi papilotkami, każdą napełnić do 2/3 wysokości. Do środka włożyć zamrożoną truskawkę (nie rozmrażać ich przed pieczeniem).
  4. Włożyć blachę do piekarnika i piec ok. 25 minut aż patyczek włożony w środek będzie wychodzić suchy.
Smacznego!

   
Uwagi:
  1. Mąkę orzechową robię sama przy okazji robienia mleka orzechowego, na przykład takiego. Wióry które zostaną po odciśnięciu rozkruszam i wykładam na blachę do pieczenia, wkładam do piekarnika i nastawiam na jakieś 80 stopni i termoobieg i suszę, co jakiś czas sprawdzając ręką czy już wszystko jest suche, i ewentualnie rozdrabniając w palcach grudki. Przechowuję w słoiku.


niedziela, 18 stycznia 2015

Uciekam z talerzem. Hummus.

Bliskowschodnia kuchnia ma w sobie jakiś czar. Te wszystkie przyprawy, aromaty, warzywa... Przed oczami od razu staje mi obraz Marokańskiego targu (wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale za to naoglądałam się zdjęć ;). Wyobrażam sobie jak chodzę gwarnymi ścieżkami przy których stoją stoliki zapełnione kolorowymi półmiskami wypełnionymi jeszcze bardziej kolorowymi przyprawami których silny zapach gryzie w nos, świeżymi daktylami, egzotycznymi owocami, a dookoła słychać gardłowy język sprzedawców. Tak, to jest miejsce w którym mogłabym się teraz znaleźć.

Żeby za mocno nie cierpieć w deszczowej Polsce, zrobiłam sobie coś, co na moment zabrało stąd moją duszę. Klasyczny hummus. Uwielbiam go chyba najbardziej z wszystkich past, więc ukręcam go co najmniej raz na miesiąc. Świetny na drugie śniadanie do szkoły czy pracy, wystarczy przełożyć do szczelnego pojemniczka a obok ułożyć warzywa pokrojone w słupki. Mniam :) 

  
 Hummus

             Składniki:
  • 3 szklanki ugotowanej cieciorki
  • 3 łyżki oliwy
  • 3 malutkie ząbki czosnku (wystarczy jeden naprawdę spory)
  • 3 łyżki zmielonego sezamu
  • 2 łyżki wody z gotowania cieciorki
  • 1 łyżeczka oleju sezamowego
  • sok z połowy cytryny
  • płaska łyżeczka chilli (w proszku lub w postaci pasty np. sambal oelek)
  • sól do smaku
             Przygotowanie:
  1. Nic skomplikowanego: wrzucić wszystko do blendera i zmielić. Spróbować i ewentualnie doprawić do smaku. Gotowe :)
Smacznego!

   Uwagi:
  1. Tak na prawdę powinno się używać sezamowej pasty tahini, ale nigdy jej nie miałam więc zastępuję ją uprażonym i zmielonym na pastę sezamem (surowego sezamu w ziarnach będzie tu potrzebne około 1/3 szklanki. Wsypać ziarna na patelnię i, co jakiś czas mieszając, uprażyć aż zaczną ładnie pachnieć. Lekko przestudzić i zmielić w młynku do kawy.)
  2. Jak ugotować cieciorkę? Dzień wcześniej wieczorem wsypać półtorej szklanki suchej cieciorki do sporego garnka i zalać dużą ilością zimnej wody, tak by była jakieś 5-7 cm powyżej grochu. Rano wodę odlać, cieciorkę przepłukać, przesypać z powrotem do garnka i zalać gorącą wodą, tak by znów była 5 cm powyżej ziaren. Gotować pod przykryciem na małym ogniu co najmniej 2 godziny, aż będzie na tyle miękka że będzie można ją zgnieść i rozetrzeć między palcami.

środa, 7 stycznia 2015

Co mi przyniesiesz, panie czasie? Pecan Pie.


Wróciła szara codzienność. Wróciła szkoła. Wróciły obowiązki. Minął odpoczynek. Wróciłam ja. I mimo że święta zleciały równie szybko co cały poprzedni rok, coś zostało. Jakieś myśli, wspomnienia... 
Zaczął się 2015, a jak to na początku każdego roku, większość z nas robi postanowienia noworoczne (będę ćwiczyć, przejdę na dietę, będę pilnować terminów... chyba wszyscy znają tą litanię ;) . Po co? I tak wytrzymamy pierwszy tydzień, po czym skończy się motywacja i wszystko wróci do normy. Nie da się przewidzieć co się stanie za miesiąc czy dwa. Czas rzuca nami na wszystkie strony jak gałęziami na wietrze. Raz jest to wiatr ciepły i delikatny, muskający liście przyjemnościami, a raz jest zimowy i szorstki, zrywa z miejsca i niesie w nieznane. I to wszystko jest potrzebne. Myślę, że warto dać się ponieść i przystosować do tego co przyniesie życie. Byle myśleć, wyciągać wnioski i pamiętać o tym w przyszłości. Za każdym razem kiedy unikniemy błędu, przezwyciężymy strach (albo lenia...) robimy kroczek do przodu. I to takie kroczki najbardziej wpływają na to jakimi się staniemy ludźmi. Porywanie się od razu na wielkie zmiany "bo jest nowy rok" z góry są skazane na niepowodzenie. Do zmiany potrzebny jest czas. A jest go jeszcze dużo, w końcu z otwartymi rękoma czeka na nas kolejne 365 dni. 


Spędziłam jedne z najwspanialszych świąt w moim życiu. Niby to samo co zawsze, pojechałam do rodzinki i przesiedziałam tam dobre dwa i pół tygodnia. Ale w końcu odpoczęłam. Szkoła wysysa soki, pożera energię i przygniata swoim ciężarem. Zjada połowę dni, które w czasie zimy są tak krótkie. Jednak to, że potrzebowałam chwili na oddech poczułam po jakimś tygodniu przerwy. Wtedy dotarło do mnie że byłam zmęczona, i cudownie mi jest siedzieć przed kominkiem z książką. Albo w końcu oglądać filmy. Albo pomagać w kuchni. Albo chodzić na długie spacery z psem do lasu. Po prostu rozmawiać, śmiać się i być rodzinką.
 

A jakby było tego mało, dostałam najcudowniejszy prezent jaki mogłam chcieć: porządny aparat, wymarzoną lustrzankę. Ale zanim moje zdjęcia będą wyglądać tak, jakbym sobie tego życzyła, minie mnóstwo czasu. Fotografia to temat rzeka, trzeba czytać, czytać i czytać a jeszcze więcej praktykować. Póki co zdjęcia potraw na bloga były robione telefonem, kilka zdjęć (te na których jest ulica Piotrkowska) zostały zrobione małym analogiem (Olympus miu:, malutki i absolutnie bez żadnych funkcji, ale zdjęcia robi świetne), a teraz zaczynam swoją przygodę z prawdziwą fotografią cyfrową z Canonem EOS 30D, z którym już zdążyłam się polubić.

Włocławek jest o tyle dobry że mieszka tam dużo ludzi, więc jest idealnym miejscem do doskonalenia swoich umiejętności w kuchni. Tym bardziej że wszyscy ci ludzie włącznie ze mną, uwielbiają jeść. Najlepiej jak jest słodkie. Albo zdrowe. Albo jedno i drugie, chociaż i tak zazwyczaj kończy się na tym że zdrowe jest śniadanie, obiad i kolacja, ale deser już nie koniecznie. Nie ważne czy jest w cieście zakalec czy masa wyszła nie do końca tak jak powinna. Byle było coś słodkiego. Eksperymenty mile widziane. I w ten oto sposób, z moją amerykańską ciocią (10 lat w USA to wystarczająco by nazwać ją amerykanką) spróbowałyśmy zrobić iście amerykański deser który stanął w szranki na świątecznym stole naprzeciw idealnych wypieków babci. Bardzo słodki, ale wbrew pozorom nie aż taki strasznie niezdrowy (większość słodzideł można uznać za zdrowe, cukier wcale nie jest główny, poza tym używamy nierafinowanego trzcinowego). Podbił serca wszystkich, i tym samym otworzył przede mną świat wypieków zza oceanu. Ladies and gentleman, king Pecan Pie.

   Pecan Pie

             Składniki:

   Kruchy spód (idealny):
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki nierafinowanego cukru (pominąć do słonych wypieków)
  • 1 kostka masła
  • 1/2 szklanki kwaśnej śmietany
   Wypełnienie:
  • 2 szklanki orzechów pecan
  • 3 jajka
  • 1 szklanka syropu z agawy
  • 1/2 szklanki nierafinowanego cukru
  • 1 porządna łyżka melasy
  • 4 łyżki roztopionego masła
  • 1/2 łyżeczki soli

             Przygotowanie:
  1. Najpierw zagnieść ciasto: do miski przesiać mąkę, dosypać sól i cukier. Dodać pokrojone w kosteczkę masło i zacząć rozcierać z mąką między palcami aż mąka wchłonie masło i przestaniemy czuć między palcami kawałki masła. Następnie dodać śmietanę i dokładnie wymieszać widelcem z resztą ciasta. Uformować w dysk i schować do lodówki na co najmniej pół godziny. Po tym czasie cieniutko rozwałkować i wyłożyć nim formę do pie (okrągła, ceramiczna, z lekko rozszerzającym się brzegiem). Jeśli zostanie trochę ciasta, można je zamrozić i wykorzystać później.
  2. Piekarnik rozgrzać do 175 stopni. Orzechy wysypać na spodzie, wszystkie pozostałe składniki wymieszać i zalać miksturą orzechy. 
  3. Piec przez pierwsze pół godziny normalnie, po czym przykryć folią aluminiową i dopiekać ok. 40 minut. Gdyby za mocno się rumieniło, można przykryć folią wcześniej. Ciasto jest gotowe, gdy potrząśnięte będzie się lekko trząść po środku. Podczas wyjmowania masa będzie podniesiona, potem opadnie,

Smacznego!

   Uwagi:
  1. Orzechy pecan można kupić w Kauflandzie na wagę, w łupinkach. Niestety bardzo niemiło się je łupie: łupinka ciasno przylega do orzecha i ciężko go ładnie wyjąć. Jednak trud się opłaci. Orzechy w łupinkach zachowują znacznie więcej smaku i wartości niż te łupane.
  2. Polecam zrobić ciasto z podwójnej ilości i zamrozić. Gdy tylko najdzie ochota na pie wystarczy wyjąć z zamrażarki godzinę wcześniej żeby odtajało. A to jest na prawdę idealne ciasto kruche: cudnie maślane, kruchutkie i listkujące.
  3. Przepis zaczerpnęłam z tej strony.

piątek, 19 grudnia 2014

Ja daję, Ty dajesz. O szczęściu. Paszteciki z pieczarkami.


Dziś dorosłam do myśli że milej jest dawać, niż otrzymywać. Mimo że wciąż bardzo cieszę z prezentów które dostaję, bardziej lubię obserwować reakcję tych, których sama obdarowuję.

Pewnie doskonale znacie tradycję szkolnej wigilii. Każdy losuje osobę ze swojej klasy i kupuje prezent. Cała zabawa oczywiście polega na tym że nikt nie wie kto jest jego mikołajem. Po takim losowaniu zaczyna się burza mózgów "co ja mam dać?". Wtedy zaczyna się krążenie po sklepach, zapisywanie pomysłów. W końcu pakowanie i dzień wigilijnego drugiego śniadania (no niestety, okolice godziny 12 to raczej nie kolacja) spędzonego w gronie ludzi z którymi jakby nie patrzeć spędzamy mnóstwo czasu. A przecież o to chodzi, żeby święta były rodzinne.

Najpierw oczywiście opłatek. Muszę powiedzieć że przy 50-osobowej klasie było to co najmniej zabawne. Potem siedzenie, śmiech, rozmowy, podjadanie ciast na zmianę z pierogami i pasztecikami (biedne żołądki...), no i w końcu prezenty. Św. Mikołaj siada na katedrze (buziaki dla Endrju ;) ), a dwie dziewczyny niczym elfy pomagają w rozdawaniu paczek. I to jest jeden z tych momentów, kiedy każdy bezwiednie zaczyna się do siebie uśmiechać. Patrzenie na twarze ludzi rozchylających torebki jest czymś bezcennym. To chwila, w której dostrzegamy że ta prosta tradycja jest czymś pierwotnym, czymś co wywołuje najbardziej ludzkie emocje, bez względu na wiek. Z jednej strony dziecięca radość i ekscytacja otrzymującego, z drugiej satysfakcja dającego. I to satysfakcja inna niż po przebiegnięciu długiego dystansu, czy zaliczeniu sprawdzianu. To satysfakcja z tego że udało się trafić w czyjś gust, co daje sygnał że chyba znamy tą osobę. I dlatego pisałam że to jest pierwotne: jakiś rodzaj empatii, życia w grupie i rozumienia ludzkich zainteresowań, potrzeb, marzeń. Po prostu miło jest uszczęśliwiać bliskich tak jak miło jest oglądać szczęśliwych ludzi.

To wciąż blog kulinarny, więc przepis musi być. Niestety bez zdjęcia, bo chwilowo nie mam dostępu do czegokolwiek co robiłoby fotografie nadające się do opublikowania, jednak wierzcie mi że ten przepis powinien być pierwszy na liście "do zrobienia". To są najlepsze paszteciki jakie mogą pojawić się na świątecznym stole. A jeśli wciąż nie wierzycie, zapytajcie moją klasę :)

   Paszteciki z pieczarkami

             Składniki:

Ciasto:

  • 4 szklanki mąki
  • 1 szklanka śmietany 12%
  • 1 kostka masła
  • 5 dag drożdży
  • 1 jajko
  • gałka muszkatołowa do smaku
Farsz:
  • 1/2 kg pieczarek
  • 20 dag cebuli
  • tarta bułka
  • sól i pieprz
             
             Przygotowanie:
  1. Śmietanę lekko podgrzać*, wkruszyć drożdże i wymieszać do rozpuszczenia. Odstawić na ok. 20 minut aż pojawią się bąble. 
  2. Mąkę przesiać do dużej miski, Masło pokroić w kostkę i dodać do mąki. Rozetrzeć masło palcami w mącę. Dodać jajko, gałkę i rozczyn, wyrobić gładkie i jednolite ciasto. Odstawić w cieple na godzinę do wyrośnięcia.
  3. W tym czasie zrobić farsz: Pieczarki opłukać i lekko osuszyć, zetrzeć na grubych oczkach tarki. Cebulę pokroić w drobniutką kostkę. 
  4. Na dużej patelni rozgrzać olej (mu go być sporo, tak by pokrył całe dno) i wrzucić cebulę. Podsmażać aż będzie szklista. Podać pieczarki, lekko posolić i dusić do momentu aż prawie cała woda którą puszczą grzyby odparuje, zajmie to ok. pół godziny. Dodać trochę mąki, tak by zagęścić masę. Odstawić do lekkiego przestudzenia.
  5. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. W ciasto wbić pięść by je odgazować i krótko zarobić rękoma. Oderwać kawałek i rozwałkować na prostokąt. Zostawić mniej więcej 1 cm od brzegu po prawej ciasta wolne i ułożyć wąską ścieżkę farszu. Zawinąć czysty brzeg nad farszem i skleić za nim. Odciąć nadziany pasek  i pokroić w poprzek na małe paszteciki (2-3 cm). To samo zrobić z resztą ciasta i farszu.
  6. Układać na blasze i wsunąć do nagrzanego piekarnika. Piec ok. 20-25 minut (szczerze mówiąc nie patrzyłam ile czasu to zajmuje), aż ciasto się zarumieni.
  7. Podawać jako dodatek do barszczu, przed podanie najlepiej je odgrzać. Dobrze się przechowują, jedynie tracą trochę na kruchości.
Smacznego!

*Na ile podgrzać płyn na którym robi się drożdżowy rozczyn? Najlepszym sposobem jest po prostu co jakiś czas sprawdzić temperaturę palcem. Jest dobra jak włożymy palec i poczujemy że jest wyraźnie ciepły ale nie będzie parzyć nawet po kilku sekundach.   

sobota, 15 listopada 2014

Rozpusta o poranku. Jaglanka z wiśniami i czekoladą.


Każdy tydzień ma tą pozytywną cechę że kończy się weekendem. Kiedy człowiek zwlecze się z łóżka (co u mnie i tak następuje nie później niż o 8) w końcu można niespiesznie przygotować śniadanie. W tygodniu zazwyczaj wrzucam bez ładu coraz to kolejne pestki i owoce do garnuszka z owsianką, krążąc między kuchnią a łazienką ze szklanką porannego napoju w ręce. W weekend już na spokojnie przygotuję ten sam napój (bez niego dzień się nie zaczyna, to jest paliwo napędowe każdego ranka) i, wciąż będąc w piżamie, zacznę przygotowywać śniadanie królów.

Sobota i niedziela MUSZĄ zacząć się śniadaniem którego w ciągu tygodnia raczej nie będę miała czasu zrobić. Taka tradycja. Czasem już poprzedniego dnia wieczorem myślę o tym jakim posiłkiem zacznę dzień. Kanapki? przecież mam taki pyszny ser w lodówce. Chwila, a jajka? Na miękko, czy raczej jajecznica? A może jednak na słodko? Mamoooo, zrobimy jutro naleśniory*? Albo lepiej racuchy, jest jeszcze trochę drożdży! Możliwości jest nieskończoność, ale jedno jest pewne. Na pewno będzie smakowicie.

Dzisiaj zjadłam coś, co wywołało błogi uśmiech na mojej twarzy. Jest takie określenie po angielsku, które bardzo tu pasuje: it made my day. Może i przygotowanie nie jest takie czasochłonne, jednak to śniadanie jest na tyle pyszne, że musi zostać weekendowym śniadaniem. Mianowicie chodzi o kokosową jaglankę z wiśniami i czekoladą. Kasza jaglana to istny superfood, ma sporo białka, cały zestaw witamin z grupy B, żelazo, miedź i dość rzadko spotykaną krzemionkę, która bardzo dobrze wpływa na stan skóry, włosów i paznokci. Oprócz tego ma witaminę E, zwaną "witaminą młodości" z tego względu że zwalcza wolne rodniki niszczące komórki skóry. Zawiera też lecytynę, która wspiera pracę mózgu. Ma jeszcze dwie znaczne zalety: jest bezglutenowa, co oznacza że osoby z celiakią bez strachu mogą ją jeść, oraz jako jedyne zboże jest zasadotwórcza. Przy dziesiejszych zwyczajach żywieniowych wielu osób to bardzo ważne, gdyż dieta w której jest dużo mięsa, cukru i rafinowanych produktów zbożowych bardzo zakwasza organizm. Gdy doprowadzi się do sytuacji w której równowaga kwasowo-zasadowa jest zaburzona, ciało odpłaca się zgagą, szarą skórą i brakiem energii. A tego nie chcemy. Także jedzcie jaglankę na potęgę! Jest bardzo uniwersalna i pasuje i do słodkiego i do słonego. Zresztą teraz przeżywa renesans, więc chyba nikomu nie trzeba jej przedstawiać.


Jest przysłowie które ilustruje jak powinny wyglądać nasze posiłki, "śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi". Mądre, prawda? Kiedy do tego doda się powiedzenie że śniadanie ma być królewskie, wychodzi na to że to musi być najlepszy posiłek w ciągu dnia. Uczyńcie z niego prawdziwą ucztę dla zmysłów i ciała! Przygotujcie coś zdrowego i podajcie w najpiękniejszych naczyniach. Tak zaczęty dzień nie może by zły ;)

   Kokosowa kasza jaglana z wiśniami i czekoladą (1 porcja)

             Składniki:
  • 1/4 szklanki kaszy jaglanej
  • trochę więcej niż 1/2 szklanki wody lub dowolnego mleka
  • szczypta soli
  • 1 kopiasta łyżka wiórków kokosowych
  • kilka posiekanych orzechów (u mnie po jednym migdale, laskowcu i nerkowcu)
  • kilka jagód goji
  • 1 kopiasta łyżka jogurtu naturalnego (opcjonalnie)
  • wiśnie ze słoiczka
  • 2 kostki gorzkiej czekolady, posiekane
             Przygotowanie:
  1. Kaszę jaglaną wsypać na sitko i przepłukać najpierw zimną, potem gorącą wodą. W garnuszku zagotować wodę lub mleko i dodać kaszę, zamieszać, dodać szczyptę soli i wiórki, ponownie zamieszać i gotować ok, 10 minut aż kasza wchłonie prawie cały płyn. Po tym czasie dorzucić orzechy i jagody goji i włożyć na kilka minut pod koc.
  2. Wyjąć garnuszek spod koca i przemieszać zawartość, w tym momencie można dodać jogurt (bardzo zachęcam, dzięki temu kasza ma 'jogurtową' konsystencję), wymieszać i wyłożyć do miseczki. Na wierzchu ułożyć wiśnie i posypać posiekaną czekoladą. Zjeść z uśmiechem.
Smacznego!

*taki rodzinny slang

sobota, 1 listopada 2014

Jeden dzień w rzeczywistości. Pieczone udka kurczaka.


Świat pędzi na przód. Gdzieś za nami ciągną się wspomnienia z dzieciństwa które z biegiem czasu coraz ciaśniej upychamy w zakamarkach umysłu. Ilość czasu poświęcanego rodzinie maleje na korzyść czasu poświęcanego przyjaciołom, a ten z kolei maleje na rzecz czasu poświęcanego sobie i pracy. Odnoszę wrażenie że ludzie są coraz bardziej samotni. Skupiają się na karierze spędzając w pracy całe dnie, w końcu zostawiają rodzinę po to by wyjechać i pracować gdzie indziej, weekendy z kolei są po to by odespać cały tydzień (o ile w ogóle są wolne). A co z takimi małymi przyjemnościami? Czy nie jest miło spotkać się w domu z dziadkami, rodzicami, ciociami i kuzynostwem? Ja takie chwile uwielbiam.

Połowa mojej rodziny mieszka we Włocławku. Co kilka tygodni jeżdżę tam na weekend lub chociaż niedzielę. Oznacza to kilka rzeczy: zawiozę ubrania których ani ja ani mama już nie nosimy, pogadam z ciocią o tym co ostatnio upolowała w ciuchaczu*, zapytam babcię co robiła kiedy była w moim wieku, drugą ciocię zapytam o niuanse językowe występujące w angielskiej mowie, a z kuzynkami zagram w karty i upieczemy jakieś ciasto. I to co lubię najbardziej: na te dwa dni zostawiam swoją codzienność w Łodzi i odpoczywam od absolutnie wszystkiego. A to jest ważne. Na chwilę zostawić gdzieś wszystkie swoje problemy i pobyć sobą gdzie indziej, z ludźmi których mamy od urodzenia, z takimi którzy cenią nas po prostu za to że jesteśmy, a nie że mamy iPhona 6 a na nim "kejsa" od Korsa czy innego Marca Jacobsa (pozdrowienia dla mojej szkoły).

Taka wizyta oznacza też że w niedzielę babcia upiecze kurczaka, który dzień wcześniej przyjedzie od zaprzyjaźnionej pani która prowadzi eko-gospodarstwo, Ten kurczak jest zawsze tak samo pieczony i tak samo pyszny. Rutyna która się nie nudzi (czyżby kolejna część serii klasyka?), Mięso jest upieczone z jabłkami, gruszkami, suszonymi śliwkami, daktylami i miodem. Do tego koniecznie ugotowane ziemniaki na które kładzie się plasterki masła. I surówka, która właściwie jest jedyną zmienną w tym zestawie. W wakacje najczęściej mizeria, w inne pory roku zazwyczaj coś innego.
Kiedy już zjemy obiad to siedzimy i rozmawiamy, rozmawiamy i rozmawiamy. W międzyczasie na stół wjeżdża dzbanek z herbatą i kawałki ciasta, które razem z dziewczynami piekłyśmy wcześniej. Taki obiad czasem trwa dobre dwie, trzy godziny. Obrazek jak z filmu, tylko że cudownie prawdziwy.


Pomyślcie o tym, czy nie było by miło spotkać się w gronie najbliższych osób? Zatrzymać się na jeden dzień i pod pretekstem obiadu spotkać się z rodziną lub grupką najlepszych przyjaciół żeby porozmawiać, pośmiać się i po prostu pobyć w najlepszym towarzystwie. Wydaje mi się że to jest na prawdę zdrowe. Jak już zaniesiecie wszystko na stół możecie wrzucić na instagrama zdjęcie podpisane #healthy. A najlepiej nic nie wrzucajcie, tylko wyłączcie telefon. To dopiero będzie #healthy.

Zdjęć z Włocławka wprawdzie nie mam, ale dziś mama upiekła kurczaka po swojemu i był nie mniej smaczny. Podpytałam czym doprawiła i to jej przepis publikuję.

   Pieczone udka kurczaka**

             Składniki:

  • Dwa udka kurczaka
  • 1 łyżka sosu ostrygowego
  • 1 łyżeczka czerwonej pasty curry
  • sól, pieprz
  • 1 łyżeczka ziaren czarnej gorczycy
  • 1 płaska łyżeczka mieszanki przypraw curry
             Przygotowanie:
  1. Udka natrzeć wszystkimi przyprawami. Włożyć do naczynia żaroodpornego i piec w 180 stopniach 1 do 1,5 godziny pod przykryciem (lub przykryć folią aluminiową) po czym zdjąć przykrycie i piec kolejne 30-20 minut do zrumienienia skórki.
  2. Podawać z ziemniakami z wody i surówką lub sałatką.
   
Mizeria z ogórka i pomidora**

             Składniki:
  • 1 długi ogórek
  • 2 pomidory malinowe
  • 3 łyżki śmietany 12%
  • 3-4 łyżki kefiru
  • sól, pieprz, ksylitol (do smaku)
Smacznego!

*Ciuchacz, lumpeks, grzebaluch... zwał jak zwał. To taka rodzinna przypadłość, wszyscy uwielbiamy szukać różnych ubraniowych perełek za 2 złote.
**Podane ilości są dość orientacyjne, zazwyczaj akie rzeczy robimy na oko.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...