poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Chodź, coś dla Ciebie ugotuję. Curry kokosowe z bakłażanem i batatem.


Gdyby ktoś mnie poprosił o ugotowanie czegoś, co jest moim popisowym daniem, to z pewnością zrobiłabym curry. To taka potrawa którą mogłabym spróbować zdobyć czyjeś serce. A przynajmniej żołądek ;)

Kocham i uwielbiam wschodnią kuchnię. Mogę godzinami siedzieć w sklepach z przyprawami i upajać się ich słodko-ostrym aromatem. Na bliskowschodnie potrawki i pasty oraz indyjskie curry zawsze mam ochotę, a żołądek staje się wtedy niemal nieograniczony. Arabowie i Hindusi nie bez powodu doprawiają swoje potrawy aż tak pikantnie; ma to na celu maksymalnie rozgrzać ciało. Europejczykom wydaje się to co najmniej dziwne (przecież i tak tam jest gorąco, po co się jeszcze rozgrzewać?), ale przez rozgrzanie ostrym smakiem wzmaga się pocenie, co w efekcie schładza organizm. Sprytne, prawda? Czytałam kiedyś, że gdy ci ludzie prowadzą kuchnię w Polsce, zawsze oddzielnie przyprawiają dania przeznaczone dla Polaków i dla Hindusów. My, biedni Słowianie nie jesteśmy w stanie sprostać takiemu poziomowi przyprawienia :)

Moja wersja owszem, jest pikantna, ale tylko na tyle żeby nie stracić ducha curry. Zasady są zawsze takie same: cebulę i czosnek i/lub imbir podsmaża się najpierw z przyprawami, dodaje wybrane warzywa, zalewa wodą tylko do poziomu warzyw i dusi aż zmiękną. A to, co jest najlepsze, to to że curry można zrobić z wszystkiego. Marchewka, ziemniaki, cukinia, dynia, cieciorka, fasolka szparagowa, ryba czy kurczak... Równie dobrze można wrzucić wszystko razem. Jeśli chodzi o przyprawy, to można użyć dobrej jakościowo mieszanki przypraw curry (to już połowa, jak nie trzy czwarte sukcesu, dlatego na prawdę warto takiej poszukać, najlepiej w sklepach z żywnością arabską) albo skomponować ją samemu. Najczęściej jej składnikami są cynamon, imbir, kumin, kurkuma, kardamon, pieprz, chili, goździki, trawa cytrynowa, gałka muszkatołowa, ale tak na prawdę tyle jest przepisów na mieszankę ile indyjskich rodzin, więc komponujcie ją według własnego smaku i też będzie dobrze. Bardzo dobrym dodatkiem który nadaje mnóstwo smaku jest mleko kokosowe. Dzięki niemu potrawa staję się gęsta, kremowa i zawiesista. A przy okazji jeszcze smaczniejsza. Ale nie jest to obowiązkowy dodatek, możecie zamiast niego dać trochę śmietanki 30% lub jogurtu greckiego, albo zupełnie zrezygnować tych składników i udusić w samej wodzie. 


   Curry kokosowe z batatów i bakłażana

             Składniki:
  • 1/2 cebuli
  • kawałek imbiru wielkości kciuka
  • 1 i 1/2 kopiastej łyżeczki curry 
  • 1/5 łyżeczki kurkumy
  • szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
  • dwa goździki
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • szczypta soli 
  • 1 batat
  • 1/2 bakłażana
  • 6-7 pieczarek
  • 2/3 puszki mleczka kokosowego
             Przygotowanie:
  1. Bakłażana pokroić w sporą kostkę, posypać solą, wymieszać i odstawić na 15 minut (dzięki temu straci goryczkę). Po tym czasie dokładnie wypłukać pod bieżącą wodą. Batata obrać i pokroić w kostkę podobnej wielkości co bakłażan. Pieczarki obrać i pokroić w ćwiartki.
  2. Zagotować wodę w czajniku. Cebulę drobno pokroić, imbir zetrzeć na tarce. W sporym garnku rozgrzać dwie łyżki oleju (najlepiej kokosowego) i podsmażyć cebulę aż się zeszkli. Dodać imbir, wymieszać, po chwili wrzucić przyprawy, znów wymieszać i smażyć aż zaczną wydzielać aromat.
  3. Dorzucić wszystkie warzywa, wymieszać tak by wszystko było równomiernie pokryte przyprawami i dusić chwilę. Wlać do garnka wrzącą wodę, tyle by sięgała do poziomu warzyw. Dolać sos sojowy. Gotować bez przykrycia aż warzywa zmiękną, ok. 15-20 minut (sprawdzać widelcem).
  4. Do miękkich warzyw dodać mleczko kokosowe, wymieszać i poczekać aż całość ponownie się zagotuje. Zwiększyć ogień i odparować nieco płyn, aż zmieni się w dość gęsty sos (nie trzeba bardzo odparowywać, bo sos dodatkowo gęstnieje po wystudzeniu). 
  5. Podawać gorące z brązowym ryżem lub plackami naan, można dodatkowo posypać kolendrą i orzeszkami ziemnymi.
Smacznego!

środa, 1 kwietnia 2015

Zimo, idź sobie. Ciemny żytni chleb polski.


Miała być już wiosna, i co? Rano budzi mnie monotonne stukanie deszczu o parapet. Za oknem szaro, buro i mokro. Jeszcze bezlistne gałęzie drzew szarpią się z wiatrem. Wychodzę do szkoły z niekoniecznie pozytywnym nastawieniem, nawet moja ukochana owsianka z masłem orzechowym nie poprawiła humoru. Dwie godziny później wracam do domu (uroki zajęć w programie IB) zasłaniając się parasolką od lodowatego wiatru. Mało tego, z słuchawek płyną deszczowe dźwięki Riders On The Storm. Po tułaczce przez ulice i tramwajowych podróżach w końcu przekraczam próg mieszkania. Stawiam czajnik na gazie i skostniałymi palcami wsypuję suche listki herbaty do największego kubka jeszcze zanim zdążę zdjąć płaszcz. Zakładam najgrubszy sweter i owijam się dwoma kocami, twarz zbliżam do pary wylatującej z kubka. Biorę kilka łyków i idę spać. Budzę się po dwóch godzinach z lekkim bólem głowy. Wracam myślami kilka dni wcześniej: trochę cieplej, trochę więcej słońca i trochę więcej energii. Niedzielne drugie śniadanie upłynęło pod znakiem "pikniku" rozłożonego na ławeczce w parku Julianowskim na łódzkim Julianowie. To był mały piknik, ale było wszystko co na wiosennym pikniku powinno się znaleźć: była herbata, były rzodkiewki i były kanapki. Tak, sezon się już zaczął. Szkoda tylko że pogoda nie sprzyja dalszym wypadom na spacery. No nic, poczekajmy aż zimowa fala pójdzie dalej. Zawsze można zacząć sezon jeszcze raz.


Wspomniane kanapki zrobiłam ze świeżego chleba upieczonego ledwie wieczór wcześniej. To chyba chleb idealny, z miękkim, wilgotnym miękiszem i lekko chrupiącą skórką. Dzięki razowej żytniej mące wnętrze ma szarawy kolor i śliczną strukturę bez wielkich dziur. Bardzo długo pozostaje świeży, spokojnie kilka dni po pieczeniu można wciąż go jeść bez opiekania i wciąż będzie pyszny. Do tego jest łatwy w przygotowaniu. Polecam nawet jako pierwszy chleb na zakwasie.


   Ciemny żytni chleb polski (przepis, lekko zmodyfikowany, zaczerpnięty od Trufli ; autor oryginału: Daniel Leader)

             Składniki:

   Na zaczyn:

  • 50 g zakwasu żytniego (dokarmionego 10-12 h wcześniej)
  • 90 g letniej wody
  • 75 g jasnej mąki żytniej
   Ciasto właściwe:
  • cały zaczyn
  • 250 g letniej wody 
  • 350 g mąki pszennej chlebowej
  • 150 g mąki żytniej razowej
  • łyżeczka soli morskiej
             Przygotowanie:
  1. Składniki na zaczyn dokładnie wymieszać. Miskę odstawić w temp. pokojowej na 8-12 h.
  2. Po tym czasie zaczyn wymieszać z wodą i solą, dodać mąki i najpierw dokładnie wymieszać łyżką, a następnie zagniatać rękoma przez 8 minut. Ciasto będzie się lekko kleić. 
  3. Fermentacja wstępna: Miskę z ciastem odstawić w ciepłe miejsce na 2 i 1/2 h. Złożyć ciasto dwukrotnie, co 75 minut, licząc od początku fermentacji.
  4. Wyjąć ciasto na solidnie omączony blat i złożyć z bochenek. Przykryć ściereczką i zostawić na 20 minut. Potem rozciągnąć ciasto i uformować bochenek jeszcze raz. Przełożyć do durszlaka wyłożonego omączoną ściereczką tak by złączenie było na górze.
  5. Fermentacja końcowa: odstawić durszlak z ciastem w ciepłe miejsce na 2 i 1/2 h.
  6. Godzinę przed pieczeniem włożyć żeliwną patelnię do piekarnika nastawić go na 200 stopni.
  7. Wyjąć patelnię z pieca i przełożyć na nią bochenek złączeniem do dołu. Zdecydowanym ruchem zrobić nacięcie ostrą żyletką i wstawić do piekarnika. Piec 50 minut. Kroić po ostudzeniu.
Smacznego!


niedziela, 15 marca 2015

O strachu. Lemon curd.


"Nie, nie zrobię bo za trudne/za dużo roboty/nie mam składników/(inna ulubiona wymówka)". Znacie to uczucie, kiedy przeglądanie książek czy blogów pełnych zdjęć w stylu foodgazm sprawia że macie chęć pędzić do kuchni i gotować? Jedyne co wtedy chodzi po głowie to wyobrażenie smaku, spis składników dania z fotografii i... rozczarowanie podczas czytania opisu przygotowania. Ucieranie na parze? Nieeee, to nie możliwe. Kilkugodzinne chłodzenie? Odpada. Gotowanie, smażenie, pieczenie na raz? Hmm... to nie ma prawa wyjść. I w ten sposób chęci upadają równie szybko co powstały.

Jednym z moich noworocznych postanowień było to, by więcej piec i w końcu się w tym temacie podszkolić. Uwielbiam słodkie (ale nie za słodkie), jestem absolutnym zjadaczem domowych wypieków i deserów, a batoniki i kupne paczkowane ciastka w ogóle mnie nie ruszają. Żeby jednak było chociaż z pozoru zdrowo, piekę tylko na weekend, a w ciągu tygodnia jeśli mam ochotę na coś słodkiego to najczęściej nakładam do miseczki jogurt, dokładam owoce i orzechy i polewam syropem daktylowym. Voila! Zdrowa przekąska gotowa. Ale weekendowy deser musi zaspokajać nawet największy cukrowy głód. Do gry wkracza wtedy najcięższa artyleria w postaci masła, nierafinowanego trzcinowego cukru (białego unikam), jajek i nierzadko czekolady. I właśnie w tym miejscu chcę wyjaśnić o czym pisałam w pierwszym paragrafie. Do niedawna moje chęci spalały na panewce właśnie ze względu na sposób przygotowania. Największe nawet ambicje i tak kończyły jako kolejne brownie (które mimo wszystko kocham i w końcu kiedyś muszę podzielić się przepisem). Ale koniec tego - powiedziałam sobie i zebrałam się na odwagę. Na pierwszy ogień poszedł czekoladowy mus (o ten), jakiś czas później czekoladowy fondant który zniknął zanim się zorientowałam że powinnam była go sfotografować, aż w końcu coś, co oglądałam na stronach chyba wszystkich brytyjskich książek kucharskich: lemon curd. Cytrynowy krem ucierany na parze, nie dość że ma prześliczny kolor, to do tego smaczny jak diabli. I jaki uniwersalny! Można go użyć i do cytrynowej tarty, i do naleśników a nawet do zwykłej grzanki. Ba, z gruszkową jaglanką też się lubi! Z wszystkim pyszny. Do tego wbrew pozorom bardzo prosty. Chwytajcie za garnki i miski! Słoiczki same się nie zapełnią :)


   Lemon curd 
   (z tej ilości wychodzą 2 małe słoiczki)

             Składniki:

  • 4 cytryny (skórka i sok)
  • 200 g cukru (użyłam demerara)
  • 100 g masła
  • 3 jajka + 1 żółtko
             Przygotowanie:
  1. Cytryny sparzyć i dokładnie wyszorować. Zetrzeć z każdej skórkę i wycisnąć sok. Wlać sok i skórkę oraz dodać pokrojone w kostkę masło i cukier do metalowej miski (lub garnka) którą potem będzie można umieścić na garnku z gotującą się wodą. To bardzo ważne, żeby miska nie dotykała wody! Zostawić mieszając co jakiś czas aż masło się rozpuści.
  2. Jajka i żółtko roztrzepać. Wlać do cytrynowej mieszanki, wciąż mieszając, najlepiej małą balonową trzepaczką.
  3. Mieszać zawartość miski jeszcze przez ok. 10 minut. Krem w tym czasie zgęstnieje i będzie czuć że coraz ciężej porusza się w nim trzepaczka. Zdjąć z ognia i zostawić do przestudzenia.
  4. Bardzo dokładnie umyć dwa słoiczki, zakrętki wyparzyć we wrzątku. Przelać wystudzony krem do suchych słoiczków i zakręcić. Trzymać w lodówce. Będzie dobry prze kilka tygodni.
Smacznego!
Uwagi:
1. Skorzystałam z przepisu Nigela Slatera, o, tego.
2. Raczej nie używa się go dużo. Jest mocno słodko-kwaśny, ma bardzo intensywny smak.

środa, 11 marca 2015

Oszukaństwo. Wegetariański pasztet z soczewicy.


Dziś przepis na coś, co uwielbiam w każdej postaci. Do tego jest wybawieniem dla wegetarian tęskniących za porządną pajdą chleba z kawałem paszteciora (czyt. kwintesencja pożywnej kanapki). Wege pasztet. Z cieciorki czy fasoli, soczewicy czy grochu, z grzybami czy cukinią, z marchewką czy pietruszką... Na samą myśl cieknie mi ślinka. Taką wersję chyba lubię nawet bardziej niż idealny pasztet z kury robiony przez moją babcię. I mimo pozornego podobieństwa do zmiksowanych past do chleba, myślę że pasztet to coś zupełnie innego. Ma głębszy smak, to z pewnością przez pieczenie. Nic, tylko ukroić pajdę najlepszego chleba na zakwasie (chociażby tego), dołożyć plasterki kiszonego ogóra, i zajadać ze smakiem.


   Pasztet z soczewicy


             Składniki:
  • 1 szklanka suchej zielonej soczewicy + 2 i 1/2 szklanki wody + listek laurowy
  • 40 dag pieczarek
  • 1 duża marchewka
  • 2 cebule
  • 4 łyżki oleju + do smażenia
  • przyprawy: sól, pieprz, kminek, gałka muszkatołowa, tymianek, odrobina curry
  • 1 i 1/2 łyżki sosu sojowego
  • 1 jajko
             Przygotowanie:
  1. Zagotować wodę w garnku, posolić, dodać listek laurowy. Soczewicę przepłukać i wsypać do wrzątku. Gotować do miękkości, ok. 30 minut. Listek wyrzucić a soczewicę odcedzić, włożyć z powrotem do garnka i odstawić do przestudzenia.
  2. Pieczarki obrać i zetrzeć na grubych oczkach tarki. Cebulę pokroić w kostkę. Marchewkę obrać i zetrzeć na grubych oczkach tarki. Na patelni rozgrzać olej (musi być go tyle żeby pokrył całe dno patelni). Wrzucić cebulę i podsmażyć aż się zeszkli. Dorzucić marchew i pieczarki. Smażyć aż woda z pieczarek odparuje a marchew zmięknie. Zawartość patelni przełożyć do garnka z soczewicą.
  3. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Masę doprawić do smaku przyprawami, dolać olej i sos sojowy. Wymieszać i zmiksować ręcznym blenderem, ale nie na zupełnie gładko, tylko tak by masa miała trochę grudek. Spróbować czy nie trzeba doprawić. Dodać jajko i dokładnie wymieszać. Przełożyć masę do formy do pieczenia i wstawić do piekarnika. Piec przez ok. 1 godzinę aż na powierzchni zrobi się skorupka. Jeść z dobrym chlebem i mlaskać z zadowolenia :)
Smacznego!
Uwagi:
-Myślę że ten pasztet spokojnie można zrobić w wersji wegańskiej, w miejsce jajka używając pół szklanki ugotowanej kaszy jaglanej i dodać jeszcze dwie łyżki oleju. 

poniedziałek, 9 marca 2015

Wróćmy do korzeni. Chleb z Vermont z większą ilością mąki razowej.


Czytałam niedawno ciekawy wywiad z Agatą Wojdą, szefową kuchni restauracji Opasły Tom. To nazwisko powinno być dobrze znane czytelnikom Kukbuka, jest tam stałą felietonistką. Nie będę opowiadać szczegółów artykułu, ale muszę przyznać że mnie urzekł. Wywiad zaczął się od tego czym różni się kuchnia prowadzona przez mężczyzn od kuchni prowadzonej przez kobiety, i że jest to różnica znacząca. Mężczyźni bardziej dają się ponieść wyobraźni, tworzą nowe dziwne formy, kobiety z kolei gotują w bezpieczny sposób. Oznaczało to tyle, że mocniej trzymają się tego, co sprawdzone i dobre. I to nie dlatego że są słabsze czy mniej kreatywne, tylko po prostu tak już jest. Dziewczynom chodzi nie o to by zaszokować, podchodzą do tego w bardziej emocjonalny sposób, bo przecież jedzeniem dzieli się z rodziną, przyjaciółmi... Chcą dzielić się jedzeniem prostym, ale przygotowanym z miłością. Z najlepszych składników, z wielką uwagą. I to wcale nie jest tak że zdekonstruowane przez mężczyzn pierogi ruskie czy pianki i pudry z boczków są złe, ale to są formy odświętne, na pewno niezbyt sprawdzają się na codzień.
Wojda mówiła o polskiej kuchni z dumą, ale z trochę innej perspektywy niż zazwyczaj mówi się o swojej kuchni narodowej. Mówiła jak wielkim jest dziedzictwem. Polscy żydzi którzy wyjechali do Izraela po wojnie przyzwyczajeni byli do tego jak gotowali jeszcze będąc w Europie, więc gdy zakładali restauracje u siebie, gotowali w nich to co umieli, nieświadomie tworząc polskie restauracje gdzie eleganckie panie wciąż jadły wiśnie z kompotu w sposób jaki był opisywany w książkach Marii Monatowej. Tak więc w niektórych miejscach ta kultura pozostaje niezmienna. Tyle że Polska zachłysnęła się światowymi trendami i ulegamy modom na te wszystkie syfony i metody sous-vide. Na szczęście nie wszyscy. W Opasłym Tomie spróbujemy dań z lokalnych produktów, ale w nieco odświeżonej formie. A jeśli kiedyś przyjdzie nam oprowadzać zagranicznych gości, to miejsce do którego warto pójść w ramach wycieczki krajoznawczej. Wprawdzie nie udało mi się jeszcze przyjść tam na obiad, ale naczytałam się tyle dobrych opinii, że wątpię by tyle ludzi się myliło.

Mimo słabości do próbowania wszystkich możliwych smaków, indyjskiego curry, japońskiego sushi, bananów, ananasów i egzotycznych owoców lubię czasem zjeść mielonego z buraczkami. Lubię prostotę domowej, polskiej kuchni. Uwielbiam produkty takie jak twaróg, kiszonki czy kaszanka, które gdzie indziej są co najmniej kontrowersyjne.
Ale największą dumą napawa mnie chleb, który nigdzie nie jest taki jak tu. W historycznej Polsce ludzie nie byli szczególnie bogaci, jedli bardzo skromnie. Na wsiach chłopi zajmowali się uprawą zboża, głównie żyta, które szczególnie dobrze przyjęło się w naszym klimacie, i dlatego Polacy stali się mistrzami wypieków na mące żytniej, mimo że dość trudno się z nią pracuje i ma inne właściwości i wymagania niż mąka pszenna. Dlatego by podnieść walory smakowe wypieków często mieszano mąki z tych zbóż. Kiedyś, w przeciwieństwie do dzisiejszych warunków, to chleb razowy był tańszy i bardziej dostępny. Białe pieczywo było towarem luksusowym, przeznaczonym tylko na specjalne okazje, a na pewno nie było jadane na codzień. Na początku chleb pieczono niemal tylko na zakwasie, drożdże używane były raczej w browarnictwie i wyrobie alkoholu, potem jednak zaczęto wykorzystywać je do robienia zaczynu. W piecach w wiejskich chałupach była specjalna komora w której pieczono chleb. Zazwyczaj robiło się tak, że w piecu paliło się przez cały dzień, i dopiero wieczorem, gdy był najbardziej rozpalony wsuwano wyrośnięte bochenki do komory które zostawały tam do rana, w tym czasie się wypiekając. Gospodyni przygotowywała dużą ilość ciasta, wyrabiała je ręcznie w dzieży przez około godzinę (to dopiero musiał być trening!) i formowała kilka lub jeden duży bochenek, bo chleb zazwyczaj piekło się raz na tydzień.
Dziś trudno o na prawdę dobre pieczywo. Często zanim znajdziemy piekarnię z prawdziwego zdarzenia musimy przebrnąć przez dmuchane buły z mąki złej jakości. Niby wszyscy wiemy że dla zdrowia lepszy jest ciemny chleb, tyle że przez pojęcie "ciemny" mówi się często o tych samych dmuchanych bułach tyle że zabarwionych karmelem. A dobry i niezwykle wartościowy chleb to razowy, z mąki razowej która jest mało przetworzona. Z takiej mąki nie odsiewa się otrąb, czyli naturalnej osłonki ziarna, a to właśnie w niej jest najwięcej wartości odżywczych, takich jak błonnik, żelazo czy witamina B. Porządny bochenek można też poznać po jego wadze: naprawdę dobry będzie ciężki. Tak samo o jego wartości możemy się przekonać po zapachu (powinien pachnieć lekko kwaśnie, to przyjemny zapach trochę mąki, trochę winnych jabłek) i jak długo jest świeży (sczerstwieje, ale po jakichś 2-3 dniach, a i tak nawet po niecałym tygodniu wciąż będzie dobry do jedzenia).

Z tej miłości do dobrego chleba postanowiłam sama nauczyć się go piec. Dostałam książkę jednego z chlebowych guru tych czasów, Jeffreya Hammelmana, przejrzałam od A do Z, zgłębiłam nieco pojęcia autolizy czy hydracji, wyhodowałam żytni zakwas i zaczęłam piec. Bez mieszarek i wyrabiaczy, ręcznie gniotę ciasto, czując dłońmi jak pod wpływem czasu wzmacnia się glutenowa siatka która nadaje ciastu pożądaną strukturę. Najbardziej fascynuje mnie to, że z trzech składników można wyczarować tak różne wypieki. To tylko mąka, woda i sól, a zależnie od ich proporcji, czasu fermentacji, ilości zagniatania, sposobu pieczenia z piekarnika za każdym razem wyjmujemy coś zupełnie innego. Chleb potrzebuje dużo uwagi, czasu i włożonego w to serca. Ale wysiłek się opłaci. W zamian za to wszystko, odwdzięczy się smakiem do którego zechce się wracać i zechce się nim dzielić. Smakiem, jakim żyła Polska jeszcze kilka wieków temu. Wróćmy do korzeni.


 Chleb z Vermont z większą ilością mąki razowej (autor: Jeffrey Hammelman)


             Składniki:

Zaczyn:
  • 90 g mąki pszennej chlebowej
  • 115 ml wody
  • 3 łyżki zakwasu (można dać dwie, zależy od mocy i dojrzałości zakwasu) (zakwas powinien być dokarmiony 10-12 godzin wcześniej)
Ciasto właściwe:
  • Cały zaczyn -3 łyżki (tym dokarmiamy zakwas)
  • 70 g mąki żytniej razowej
  • 295 g mąki pszennej chlebowej
  • 180 g wody
  • 1 mała łyżeczka soli
           
             Przygotowanie:
  1. Zaczyn: wymieszać wszystkie składniki na 12-16 godzin przed końcowym mieszaniem ciasta, miskę przykryć lnianą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce.
  2. Mieszanie: Dosypać do miski wszystkie składniki oprócz soli. Wymieszać łyżką aż się dokładnie połączą. Odstawić na 20-60 minut (autoliza). Po tym czasie powierzchnię ciasta posypać solą i wyrabiać rękoma przez 5-10 minut, aż będzie można czuć silniejszą strukturę ciasta (powinno stawiać opór podczas wyrabiania). 
  3. Fermentacja wstępna: odstawić ciasto na 75 minut, po tym czasie złożyć (składanie polega na podłożeniu palców pod spód z jednej strony i założeniu ciasta na 2/3 z drugiej strony wbijając je palcami do środka, potem zrobić analogicznie tylko od drugiej strony). 
  4. Formowanie: Ciasto wyjąć na blat posypany mąką, rozpłaszczyć i złożyć jak kopertę, składając rogi z czterech stron do środka, potem dokładając cztery powstałe rożki też do środka zlepiając wszystko na środku. Uformowany bochenek przełożyć tak by złączenie było na górze do durszlaka wyłożonego omączoną ściereczką do wyrastania na 2-2,5 godziny w ciepłym miejscu bez przewiewów.
  5. Pieczenie:  45 minut przed pieczeniem włożyć do piekarnika żeliwną patelnię lub żeliwny garnek, rozgrzać do 240 stopni. Po tym czasie wyjąć patelnię i przełożyć do niej chleb, tak by złączenie było na dole. Wierzch naciąć na górze na krzyż i włożyć do piekarnika. Piec 40 minut. Kroić po ostudzeniu.
Smacznego!

piątek, 13 lutego 2015

Czas się zatrzymał. Duszniki zdrój.


Moja rodzina jest rozrzucona po całej Polsce. I to jest największe szczęście jakie mnie spotkało.

Czas wolny od szkoły zawsze planuję wykorzystać na naukę, po czym i tak zawsze ląduje ona na ostatnim miejscu. Każda dłuższa przerwa jest pretekstem do wyjazdu, i zamiast przysypiać nad podręcznikami, cieszę się każdą chwilą spędzaną z bliskimi. Rozmawiamy, śmiejemy się, płaczemy, mówimy o szczęściu i strapieniach. Czasami są spięcia okupione łzami, po to by i tak w końcu zmienić się w nocne przesiadywanie na kanapie. Owinięci w koc oglądamy filmy, wyjadamy zapasy z kuchennych szafek. Cieszymy się chwilą. Cieszymy się sobą. 
Byle do następnego razu.

Włocławek już opisałam, teraz czas na Duszniki. To jest miejsce, w którym czas płynie inaczej. Jakby zatrzymał się kilka dekad temu i uwięził swoich mieszkańców lepką aurą beztroskiego życia. Można odnieść wrażenie, że wszyscy się tu znają, jak to w małych miasteczkach często bywa. Tu każdy pretekst jest dobry żeby wyjść na zewnątrz, z przyjemnością chodzi się na spacery wyszukując tematów do zdjęć. Aparat brałam prawie za każdym razem, zwłaszcza że drugi tydzień moich zimowych ferii rozpieszczał wiosennym niemal słońcem i coraz wyższą temperaturą, która zachęcała do zdejmowania czapek. Codziennie chodziłam po zakupy, w niegrzeszącym urodą blaszaku kupowałam roślinne mleko, soczewice, ziarna których bez skutku szukałam w Łodzi, a po prawdziwą wiejską śmietanę szłam przez stary rynek do sklepu obuwniczego. Gotowanie często sprawia mi znacznie większą przyjemność kiedy nie jestem u siebie, więc stałam nad garnkami rozmawiając o smakach, przepisach... Teraz jeszcze mocniej zaprzyjaźniłam się z drożdżami, robiąc placuszki na śniadanie, brioszki, pieczone pączki na tłusty czwartek (które niczym nie różniły się od smażonych, były pyszne! nawet moja sześcioletnia siostra skwitowała że są "jak ze sklepu" :) ). Na obiady smażyłam kurczaka, gotowałam tony kaszy, robiłam potrawki z brokułów i szpinaku. Zjadaliśmy wszystko. Cała moja rodzina to smakosze, bez wyjątku. 

Doładowałam baterie. Całymi dniami miałam snowboard przywiązany do nóg, bawiłam się z rodzeństwem, robiłam zdjęcia, chodziłam, gotowałam i rozmawiałam. Tak chciałabym żyć. Prosto w czynnościach, bogato w duchu. Z mądrymi ludźmi, takimi jakimi już teraz żyję. 

A w głowie wciąż mi gra ta piosenka. Mój kochany bracie, masz osiem lat i już taki dobry gust ;)

















niedziela, 1 lutego 2015

Jestem królikiem. Bezglutenowe babeczki z truskawką.


Przyszła moda na bycie uczulonym na wszystko. Jajka, laktozę, gluten... Jakby tego było mało, co druga osoba jest albo wegetarianinem, albo weganinem (weganem?). Z jednej strony trochę podśmiewam się z tych ludzi, a z drugiej ulegam stereotypom i też trochę próbuję tych diet. Nie zawsze do końca rygorystycznie, ale jednak staram się niektóre produkty z jadłospisu wykluczyć. Tylko że mam ku temu powód: od naprawdę wczesnego dzieciństwa mam problemy z trawieniem. Bolący brzuch, zgaga po dosłownie wszystkim (nawet po jaglance z gotowaną marchewką, bez żadnych przypraw) i te sprawy. Tak więc odkąd zaczęłam interesować się zdrowym odżywianiem, poczytałam co mogłoby być przyczyną moich dolegliwości. No właśnie... problem w tym, że w zasadzie to nie ma konkretnego wytłumaczenia. Lekarze też już rozkładają ręce. Więc cóż mi innego pozostało, niż po kolei wykluczać niektóre składniki i czekać, co na to powie mój układ pokarmowy.

W ten sposób spróbowałam już być wegetarianką (nie działa), CAŁKOWICIE wykluczyć laktozę (o jakie to były męki, nie móc jeść masła przez pół roku!) co przez jakieś 3-4 miesiące owszem działało, i już byłam gotowa pogodzić się z myślą że do końca życia nie będę mogła pić mleka i wszystkich przetworów które tak kocham, po czym brzuch powiedział "miło tak bez bólu, no nie? Hmm, było by szkoda, gdybym nawet bez laktozy znów przestał trawić. I wiesz co? tak właśnie zrobię, hehe", więc uznałam że nie zamierzam się bez celu ograniczać i do laktozy wróciłam. Teraz z kolei delikatnie testuję wykluczenie glutenu. Na chleb nie miałam nawet ostatnio ochoty, a makarony jadam na prawdę rzadko. Pszenicy i żyta w innej formie nigdy w menu nie miałam, więc problem z głowy. A bez jęczmiennego pęczaku jakoś się obejdzie. I nawet jest trochę lepiej, ale minęło za mało czasu by mówić o jakiejś niewiarygodnej poprawie.


W czasie tych eksperymentów z różnymi dietami lubię dostosowywać przepisy do konkretnych zasad. Dzięki temu nauczyłam się robić orzechowe mleka, bezmięsne pasztety i kotlety, i wiele innych smakowitych potraw. Ale jednego się bałam: bezglutenowego pieczenia. W internecie krąży masa przestróg że takie wypieki są gumowate, suche i często niezjadliwe. Raz spróbowałam kupnego bezglutenowego chleba. To był najobrzydliwszy chleb jaki kiedykolwiek jadłam. Na prawdę, podły tostowy chleb z biedry był przy nim przepyszny. Ale nie nie, tak łatwo to ja się nie poddaję, postanowiłam upiec coś bez pszenicy. Nie był to chleb, aż tyle odwagi nie mam. Na pierwszą bezglutenową próbę poszły babeczki. Dobre, poczciwe babeczki, które można skubać raz po raz, popijając kawą. Przejrzałam dużo internetowych przepisów ale żaden mi się nie podobał. Albo były na dziwnych mąkach (w życiu w Polsce nie widziałam mąki z sorgo), albo zawierały gumę ksantanową, która teoretycznie miała nadać wypiekom odpowiedniej struktury i wilgoci. Mniej więcej znając podstawowe proporcje na zwykłe muffinki, wymyśliłam przepis. I wyszły cudownie! Chyba nawet lepiej niż pszenne ;) Z piekarnika wyjęłam wyrośnięte, puszyste, wilgotne babeczki. I kolejny dowód na to, że chcieć to móc, i nawet nietolerancja nie jest w stanie zabrać wszystkich przyjemności.

 
   Bezglutenowe babeczki z truskawkami (10 babeczek)

             Składniki:

  • 1/2 szklanki mąki ryżowej
  • 1/4 szklanki mąki gryczanej
  • 1/4 szklanki mąki kukurydzianej
  • 1/4 szklanki mąki orzechowej*
  • 1 łyżeczka sody
  • 1/4 szklanki nierafinowanego brązowego cukru
  • 1 szklanka kefiru
  • 4 łyżki oleju lub roztopionego masła
  • 1 duża łyżka syropu z agawy
  • 1 jajko
  • 1/4 łyżeczki kardamonu
  • mrożone truskawki
             Przygotowanie:
  1. Przesiać wszystkie rodzaje mąk, sodę i kardamon do miski. Dodać cukier. Wymieszać.
  2. Dodać wszystkie płynne składniki i wymieszać tylko do momentu gdy składniki się połączą. W razie potrzeby dolać troszkę kefiru do odpowiedniej konsystencji.
  3. Blachę z wgłębieniami wyłożyć papierowymi papilotkami, każdą napełnić do 2/3 wysokości. Do środka włożyć zamrożoną truskawkę (nie rozmrażać ich przed pieczeniem).
  4. Włożyć blachę do piekarnika i piec ok. 25 minut aż patyczek włożony w środek będzie wychodzić suchy.
Smacznego!

   
Uwagi:
  1. Mąkę orzechową robię sama przy okazji robienia mleka orzechowego, na przykład takiego. Wióry które zostaną po odciśnięciu rozkruszam i wykładam na blachę do pieczenia, wkładam do piekarnika i nastawiam na jakieś 80 stopni i termoobieg i suszę, co jakiś czas sprawdzając ręką czy już wszystko jest suche, i ewentualnie rozdrabniając w palcach grudki. Przechowuję w słoiku.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...