sobota, 15 listopada 2014

Rozpusta o poranku. Jaglanka z wiśniami i czekoladą.


Każdy tydzień ma tą pozytywną cechę że kończy się weekendem. Kiedy człowiek zwlecze się z łóżka (co u mnie i tak następuje nie później niż o 8) w końcu można niespiesznie przygotować śniadanie. W tygodniu zazwyczaj wrzucam bez ładu coraz to kolejne pestki i owoce do garnuszka z owsianką, krążąc między kuchnią a łazienką ze szklanką porannego napoju w ręce. W weekend już na spokojnie przygotuję ten sam napój (bez niego dzień się nie zaczyna, to jest paliwo napędowe każdego ranka) i, wciąż będąc w piżamie, zacznę przygotowywać śniadanie królów.

Sobota i niedziela MUSZĄ zacząć się śniadaniem którego w ciągu tygodnia raczej nie będę miała czasu zrobić. Taka tradycja. Czasem już poprzedniego dnia wieczorem myślę o tym jakim posiłkiem zacznę dzień. Kanapki? przecież mam taki pyszny ser w lodówce. Chwila, a jajka? Na miękko, czy raczej jajecznica? A może jednak na słodko? Mamoooo, zrobimy jutro naleśniory*? Albo lepiej racuchy, jest jeszcze trochę drożdży! Możliwości jest nieskończoność, ale jedno jest pewne. Na pewno będzie smakowicie.

Dzisiaj zjadłam coś, co wywołało błogi uśmiech na mojej twarzy. Jest takie określenie po angielsku, które bardzo tu pasuje: it made my day. Może i przygotowanie nie jest takie czasochłonne, jednak to śniadanie jest na tyle pyszne, że musi zostać weekendowym śniadaniem. Mianowicie chodzi o kokosową jaglankę z wiśniami i czekoladą. Kasza jaglana to istny superfood, ma sporo białka, cały zestaw witamin z grupy B, żelazo, miedź i dość rzadko spotykaną krzemionkę, która bardzo dobrze wpływa na stan skóry, włosów i paznokci. Oprócz tego ma witaminę E, zwaną "witaminą młodości" z tego względu że zwalcza wolne rodniki niszczące komórki skóry. Zawiera też lecytynę, która wspiera pracę mózgu. Ma jeszcze dwie znaczne zalety: jest bezglutenowa, co oznacza że osoby z celiakią bez strachu mogą ją jeść, oraz jako jedyne zboże jest zasadotwórcza. Przy dziesiejszych zwyczajach żywieniowych wielu osób to bardzo ważne, gdyż dieta w której jest dużo mięsa, cukru i rafinowanych produktów zbożowych bardzo zakwasza organizm. Gdy doprowadzi się do sytuacji w której równowaga kwasowo-zasadowa jest zaburzona, ciało odpłaca się zgagą, szarą skórą i brakiem energii. A tego nie chcemy. Także jedzcie jaglankę na potęgę! Jest bardzo uniwersalna i pasuje i do słodkiego i do słonego. Zresztą teraz przeżywa renesans, więc chyba nikomu nie trzeba jej przedstawiać.


Jest przysłowie które ilustruje jak powinny wyglądać nasze posiłki, "śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi". Mądre, prawda? Kiedy do tego doda się powiedzenie że śniadanie ma być królewskie, wychodzi na to że to musi być najlepszy posiłek w ciągu dnia. Uczyńcie z niego prawdziwą ucztę dla zmysłów i ciała! Przygotujcie coś zdrowego i podajcie w najpiękniejszych naczyniach. Tak zaczęty dzień nie może by zły ;)

   Kokosowa kasza jaglana z wiśniami i czekoladą (1 porcja)

             Składniki:
  • 1/4 szklanki kaszy jaglanej
  • trochę więcej niż 1/2 szklanki wody lub dowolnego mleka
  • szczypta soli
  • 1 kopiasta łyżka wiórków kokosowych
  • kilka posiekanych orzechów (u mnie po jednym migdale, laskowcu i nerkowcu)
  • kilka jagód goji
  • 1 kopiasta łyżka jogurtu naturalnego (opcjonalnie)
  • wiśnie ze słoiczka
  • 2 kostki gorzkiej czekolady, posiekane
             Przygotowanie:
  1. Kaszę jaglaną wsypać na sitko i przepłukać najpierw zimną, potem gorącą wodą. W garnuszku zagotować wodę lub mleko i dodać kaszę, zamieszać, dodać szczyptę soli i wiórki, ponownie zamieszać i gotować ok, 10 minut aż kasza wchłonie prawie cały płyn. Po tym czasie dorzucić orzechy i jagody goji i włożyć na kilka minut pod koc.
  2. Wyjąć garnuszek spod koca i przemieszać zawartość, w tym momencie można dodać jogurt (bardzo zachęcam, dzięki temu kasza ma 'jogurtową' konsystencję), wymieszać i wyłożyć do miseczki. Na wierzchu ułożyć wiśnie i posypać posiekaną czekoladą. Zjeść z uśmiechem.
Smacznego!

*taki rodzinny slang

sobota, 1 listopada 2014

Jeden dzień w rzeczywistości. Pieczone udka kurczaka.


Świat pędzi na przód. Gdzieś za nami ciągną się wspomnienia z dzieciństwa które z biegiem czasu coraz ciaśniej upychamy w zakamarkach umysłu. Ilość czasu poświęcanego rodzinie maleje na korzyść czasu poświęcanego przyjaciołom, a ten z kolei maleje na rzecz czasu poświęcanego sobie i pracy. Odnoszę wrażenie że ludzie są coraz bardziej samotni. Skupiają się na karierze spędzając w pracy całe dnie, w końcu zostawiają rodzinę po to by wyjechać i pracować gdzie indziej, weekendy z kolei są po to by odespać cały tydzień (o ile w ogóle są wolne). A co z takimi małymi przyjemnościami? Czy nie jest miło spotkać się w domu z dziadkami, rodzicami, ciociami i kuzynostwem? Ja takie chwile uwielbiam.

Połowa mojej rodziny mieszka we Włocławku. Co kilka tygodni jeżdżę tam na weekend lub chociaż niedzielę. Oznacza to kilka rzeczy: zawiozę ubrania których ani ja ani mama już nie nosimy, pogadam z ciocią o tym co ostatnio upolowała w ciuchaczu*, zapytam babcię co robiła kiedy była w moim wieku, drugą ciocię zapytam o niuanse językowe występujące w angielskiej mowie, a z kuzynkami zagram w karty i upieczemy jakieś ciasto. I to co lubię najbardziej: na te dwa dni zostawiam swoją codzienność w Łodzi i odpoczywam od absolutnie wszystkiego. A to jest ważne. Na chwilę zostawić gdzieś wszystkie swoje problemy i pobyć sobą gdzie indziej, z ludźmi których mamy od urodzenia, z takimi którzy cenią nas po prostu za to że jesteśmy, a nie że mamy iPhona 6 a na nim "kejsa" od Korsa czy innego Marca Jacobsa (pozdrowienia dla mojej szkoły).

Taka wizyta oznacza też że w niedzielę babcia upiecze kurczaka, który dzień wcześniej przyjedzie od zaprzyjaźnionej pani która prowadzi eko-gospodarstwo, Ten kurczak jest zawsze tak samo pieczony i tak samo pyszny. Rutyna która się nie nudzi (czyżby kolejna część serii klasyka?), Mięso jest upieczone z jabłkami, gruszkami, suszonymi śliwkami, daktylami i miodem. Do tego koniecznie ugotowane ziemniaki na które kładzie się plasterki masła. I surówka, która właściwie jest jedyną zmienną w tym zestawie. W wakacje najczęściej mizeria, w inne pory roku zazwyczaj coś innego.
Kiedy już zjemy obiad to siedzimy i rozmawiamy, rozmawiamy i rozmawiamy. W międzyczasie na stół wjeżdża dzbanek z herbatą i kawałki ciasta, które razem z dziewczynami piekłyśmy wcześniej. Taki obiad czasem trwa dobre dwie, trzy godziny. Obrazek jak z filmu, tylko że cudownie prawdziwy.


Pomyślcie o tym, czy nie było by miło spotkać się w gronie najbliższych osób? Zatrzymać się na jeden dzień i pod pretekstem obiadu spotkać się z rodziną lub grupką najlepszych przyjaciół żeby porozmawiać, pośmiać się i po prostu pobyć w najlepszym towarzystwie. Wydaje mi się że to jest na prawdę zdrowe. Jak już zaniesiecie wszystko na stół możecie wrzucić na instagrama zdjęcie podpisane #healthy. A najlepiej nic nie wrzucajcie, tylko wyłączcie telefon. To dopiero będzie #healthy.

Zdjęć z Włocławka wprawdzie nie mam, ale dziś mama upiekła kurczaka po swojemu i był nie mniej smaczny. Podpytałam czym doprawiła i to jej przepis publikuję.

   Pieczone udka kurczaka**

             Składniki:

  • Dwa udka kurczaka
  • 1 łyżka sosu ostrygowego
  • 1 łyżeczka czerwonej pasty curry
  • sól, pieprz
  • 1 łyżeczka ziaren czarnej gorczycy
  • 1 płaska łyżeczka mieszanki przypraw curry
             Przygotowanie:
  1. Udka natrzeć wszystkimi przyprawami. Włożyć do naczynia żaroodpornego i piec w 180 stopniach 1 do 1,5 godziny pod przykryciem (lub przykryć folią aluminiową) po czym zdjąć przykrycie i piec kolejne 30-20 minut do zrumienienia skórki.
  2. Podawać z ziemniakami z wody i surówką lub sałatką.
   
Mizeria z ogórka i pomidora**

             Składniki:
  • 1 długi ogórek
  • 2 pomidory malinowe
  • 3 łyżki śmietany 12%
  • 3-4 łyżki kefiru
  • sól, pieprz, ksylitol (do smaku)
Smacznego!

*Ciuchacz, lumpeks, grzebaluch... zwał jak zwał. To taka rodzinna przypadłość, wszyscy uwielbiamy szukać różnych ubraniowych perełek za 2 złote.
**Podane ilości są dość orientacyjne, zazwyczaj akie rzeczy robimy na oko.

niedziela, 26 października 2014

Słodko. Bardziej słodko. Koniec! Bułeczki z pesto pietruszkowym.


Za słodko się zrobiło, więc dziś przepis na bułeczki z pesto. Jako dodatek do sałatki. Jako mała przystawka. Jako drugie śniadanie. Jako prezent. Wedle upodobania.


   Bułeczki z pesto z pietruszki

             Składniki:
  • 25 dag drożdży
  • pół szklanki mleka (dowolnego) 
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 i 1/2 szklanki mąki (1 3/4 pszennej, 3/4 orkiszowej razowej)
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 jajko
  • niecała łyżeczka soli
  • Ew. trochę wody jeśli ciasto będzie za suche i za twarde
  • pęczek natki pietruszki
  • 1/2 szklanki pestek słonecznika
  • oliwa (na oko, około 10 łyżek, może więcej) 

             Przygotowanie:
  1. Zrobić rozczyn: mleko delikatnie podgrzać, wkruszyć drożdże, wsypać cukier, wymieszać, wsypać łyżkę mąki, wymieszać i odstawić na 10-15 minut żeby drożdże zaczęły pracować.
  2. Obydwie mąki przesiać do miski, dosypać sól, wymieszać, dodać jajko, oliwę i rozczyn, zacząć wyrabiać ciasto. Jeśli będzie suche i twarde dolać trochę wody, tak by ciasto nie lepiło się i było dość miękkie, ale na tyle twarde żeby dało uformować się w kulę.
  3. Miskę wysmarować oliwą i włożyć do niej kulę z ciasta. Odstawić w ciepłe miejsce na godzinę aż wyrośnie. 
  4. W tym czasie zrobić pesto: odciąć łodyżki natki (niezbyt dokładnie, tylko te najgrubsze) włożyć do naczynia blendera, dorzucić pestki słonecznika, zmiksować, zacząć stopniowo dolewać oliwę. Przestać gdy masa będzie w miarę luźną pastą. 
  5. Ciasto podzielić na 9 części, każdą rozwałkować na dość cienki placuszek, rozsmarować ok. łyżki pesto pozostawiając mały margines, zwinąć z rulonik, złożyć na pół, przeciąć do połowy od strony złożenia i wywinąć tak by powstało coś na kształt serduszka.
  6. Piekarnik nagrzać do 160 stopni i piec ok. półgodziny, do zarumienienia.
Smacznego!

niedziela, 19 października 2014

Klasyka. Mus czekoladowy.

Klasyka jest klasyką dlatego że zawsze jest najlepsza. Bez zbędnych udziwnień jest w stanie sprawdzić się w każdej sytuacji i towarzystwie. Dziś, kiedy wokoło jest natłok nowych pomysłów na dania, techniki przygotowań czy połączenia smaków często zapomina się o tym, że coś nie bez kozery jest uznane za najdoskonalsze.

Właśnie dlatego lubię uczyć się absolutnych podstaw. Jak perfekcyjnie ugotować ryż? Jak zaparzyć najlepszą kawę? Jakie proporcje są podstawą idealnego kruchego ciasta? Niby banały, ale tak naprawdę baza do tego by zostać mistrzem w swoim fachu. Kiedy nie przestrzega się absolutnie  podstawowych zasad, nawet najbardziej nowatorski pomysł legnie w gruzach. Ten przerost formy nad treścią jest teraz wszechobecny i mimo że wiele osób daje się tym uwieść, nigdy nie stanie się doskonały. 

Tym wpisem chciałabym rozpocząć pewien cykl na tym blogu. Wpisy będą  dotyczyć potraw które są właśnie najlepszymi w swoim rodzaju klasykami. Przepisy łatwo będzie można podkręcić dodając szczyptę przypraw do bazy, co może rzucić zupełnie nowe światło na danie. Mogę zapewnić że jeśli będziecie mieć przed sobą widmo przygotowania jedzenia na jakieś spotkanie i w momencie zakładania fartucha opuści Was wena, powinniście sięgnąć do podstaw. Jest jedna kluczowa zasada: składniki muszą być najlepszej jakości na jaką Was tylko stać. Sukces gwarantowany. 


Pierwszy w tym cyklu będzie przepis na mus czekoladowy. Nieco mroczny, bardzo dekadencki. Desery z czekoladą w roli głównej są niebezpiecznie wciągające. Głęboki smak kakao dociera do najgłębszych kącików kubków smakowych. Czekolada ma w sobie jakiś urok, tak że ciężko jest się jej oprzeć. Tego musu wystarczy naprawdę mało by zaspokoić największy czekoladowy głód. Baaaardzo polecam. Sprawdzi się zwłaszcza w sytuacji by czyjeś serce zdobyć. Ewentualnie złożyć z powrotem w całość ;)

      Mus czekoladowy (na podstawie przepisu z książki Rachel Khoo "Mała paryska kuchnia")
          
             Składniki:

Crème pâtissière:
  • 3 żółtka
  • 5 dag drobnego cukru
  • 2 dag mąki kukurydzianej
  • 250 ml mleka
  • 1 czubata łyżka gorzkiego kakao
Czekoladowa masa bezowa:
  • 2 białka
  • 5 dag drobnego cukru
  • kilka kropli soku z cytryny
  • szczypta soli
  • 1 czubata łyżka gorzkiego kakao
  • 15 dag gorzkiej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki
             Przygotowanie:
  1. Zacznij od crème pâtissière: w garnku ubij żółtka z cukrem na gęstą masę, wymieszaj z mąką kukurydzianą. Dodaj . W oddzielnym garnku mleko wymieszaj z łyżką kakao i postaw na gazie, Gdy zacznie się gotować wyłącz ogień i POWOLI wlewaj cienkim strumieniem do żółtek, cały czas mieszając (to bardzo ważne, gdy nie będziesz mieszać i wlejesz wszystko na raz żółtka się zetną i wyjdzie jajecznica). Postaw mieszankę na gazie i wciąż mieszaj, oskrobując dno i ścianki garnka, inaczej krem się przypali. Kiedy zacznie gęstnieć a na powierzchni ukażą się pierwsze pęcherzyki powietrza, zdejmij garnek z ognia. Przelej do miseczki i nakryj folią spożywczą tak by przylegała do kremu. Ostudź i wstaw do lodówki na co najmniej godzinę.
  2. Masa bezowa: połowę białek wlej do czystej metalowej lub szklanej miski. Dodaj cukier, sok z cytryny oraz sól i ubij, aż piana będzie śnieżnobiała. Dodaj resztę białka wraz z kakao i dalej ubijaj na sztywno.
  3. Rozpuść czekoladę w kąpieli wodnej (misce ustawionej na garnku w gotującą się wodą). Ubij śmietanę.
  4. Crème pâtissière przełóż do większej miski i rozetrzyj by pozbyć się grudek. Dodaj roztopioną czekoladę i 1/3 masy bezowej i dokładnie wymieszaj. Dodaj resztę masy i śmietanę i bardzo delikatnie wymieszaj, tak by nie zniszczyć piany. 
  5. Nałóż mus do kieliszków lub innych naczyń w których chcesz podać deser i wstaw do lodówki na co najmniej godzinę a najlepiej na całą noc.

Uwagi:
  1. W całej masie ostatecznie jest 100 g cukru. Moim zdaniem to dużo za dużo (za pierwszym razem jednak wolałam trzymać się przepisu). Tą ilość spokojnie można zmniejszyć o połowę albo jeszcze więcej. Deser będzie bardziej wytrawny (co mi osobiście bardzo pasuje)
  2. Warto dodać odrobinę chili. Czekolada+chili to para idealna, zimą można spróbować z odrobiną cynamonu.
  3. Deser trzeba zjeść w przeciągu dwóch dni ze względu na to że zawiera surowe jajka.
  4. Przygotowanie można obejrzeć tutaj.

Smacznego!


czwartek, 2 października 2014

Kanapka z matematyką. Kasza z warzywami.



Nie za dużo się tu ostatnio dzieje. Niestety, szkoła pochłania mnie na tyle że nie bardzo mam czas na robienie czegokolwiek innego jak pisanie esejów, przygotowywanie prezentacji, rozwiązywanie pół miliona zadań z matematyki o chemii i naukę, naukę, jeszcze raz naukę. (Przestroga dla tych którym nie chce się uczyć: nie wybierajcie programu matury międzynarodowej, to tak zwany szkolny poziom hard). To jednak wcale nie oznacza że kompletnie przestałam gotować. O niedoczekanie! Reakcje soli i egzocytoza i tak lądują na drugim miejscu.

I tu chciałam poruszyć problem, który niby jest oczywisty, ale i tak zawsze pomijany. Drugie śniadanie. Dzieci w podstawówce dostają 5 zł żeby kupiły sobie coś w sklepiku, bo mama nie ma czasu zrobić kanapki. Dziecko szczęśliwe biegnie już na pierwszej przerwie po 7days'a i paczkę chipsów. W gimnazjum, i tym bardziej liceum jest jeszcze gorzej: chipsów niby nie ma, ale do drożdżówki obowiązkowo musi być puszka energetyka. Nie ma to jak popić cukier cukrem z chemią najgorszego sortu. Jednak dopóki w bufetach nie ma nic innego, uczniowie bedą kupować to, co jest. Wraz ze stopniem szkoły wzrasta liczba spędzanych w niej godzin, więc najcześciej kończy się tak, że przez te 8 a już nie daj Boże 10 godzin co kilka przerw przeciętny uczeń drepcze do bufetu po batoniki. 


Dlatego apeluję! 
Po pierwsze do wszystkich zajmujących się organizacją: czemu w liceum nie może być stołówki? A jeśli to nie możliwe, czemu nie zacząć zaopatrywać sklepik w żywność która ma w sobie coś więcej niż biały cukier? Owoce wszelkiej maści, świeże sałatki warzywne (nie, nie te z kurczakiem i sosem 1000 wysp (a raczej 1000 składników), a nawet krótkoterminowe gotowe zupy (widziałam że Marwit takie produkuje, skład elegancki, ale jeszcze nie próbowałam. Jeśli ktoś jadł, ciekawa jestem wrażeń).
Po drugie do uczniów. To na prawdę nie jest takie trudne. Zrobienie rano kanapki zajmuje minutę, a pokrojenie do niej warzyw jak papryka czy marchewka zabierze drugą minutę. Trwa chwilę, a zapewniacie sobie pełnowartościowy posiłek. Jeśli macie dużo lekcji i siedzicie w szkole do późna, przełóżcie do pojemniczka resztę obiadu z poprzedniego dnia. Sekunda. Albo najlepiej, wstawcie rano kaszę (gotuje się praktycznie sama), a na patelni przesmażcie warzywa do miękkości. Trochę soli, pieprzu, szczypta curry lub innych ulubionych przypraw i gotowe! W szkolnym sklepiku prosicie o podgrzanie (mogę się założyć że mikrofala jest w każdym bufecie) i macie obiad. Proste?

Już od tamtego roku przychodzę ze swoimi warzywnymi papkami spakowanymi w pojemniczki. Za każdym razem kilka osób pyta mnie jaką mam dziś mieszankę, a pani z bufetu nawet prosiła o przepisy. Zapewniam, że nie ma większej satysfakcji niż jedzenie pysznego własnego obiadu, kiedy inni jedzą z niesmakiem trzecią bułkę z rzędu. Więc żeby nieco ułatwić, podaję dziś przepis-bazę który można poddawać dowolnym modyfikacjom. Składniki dobierajcie według uznania, sposób przygotowania zawsze zostaje ten sam. A jak już zaczniecie robić to regularnie, napiszcie proszę w komentarzach ile zazdrosnych spojrzeń dostają wasze pojemniczki ;)


 Kasza jaglana z duszoną marchewką i cukinią

             Składniki: 
  • 1/4 szklanki kaszy jaglanej
  • Pół marchewki
  • 2-3 plastry cukini
  • 1 łyżeczka sosu sojowego
  • Kilka kropli octu ryżowego
  • Po szczypcie ulubionych przypraw: u mnie kminek, kumin, trawa cytrynowa
  • Pieprz
  • Czarnuszka
             Wykonanie:
  1. Kaszę przepłukać na sitku najpierw zimną potem gorącą wodą. W garnuszku zagotować ok. pół szklanki wody. Gdy się zagotuje osolić szczyptą soli i wrzucić kaszę. Gotować do momentu gdy zostanie odrobina niewchłoniętej wody, wtedy zdjąć z gazu i zawinąć na kilka minut w koc. 
  2. Marchewkę obrać i pokroić na jak najcieńsze plasterki, a cukinię w kostkę. Rozgrzać na patelni olej (ok. 1 łyżki) i wrzucić marchewkę. Podsmażyć kilka minut pod przykryciem aż lekko zmięknie i dorzucić cukinię. Dodać wszystkie przyprawy i wymieszać. Przykryć i dusić aż cukinia będzie miękka, dolewając w razie potrzeby odrobinę wody. 
  3. Kaszę przełożyć do pojemniczka, a na to przełożyć warzywa.
  4. W szkolnym sklepiku zrobić słodkie oczy i poprosić o podgrzanie :)
Smacznego!


poniedziałek, 15 września 2014

Kilka lat wstecz. Babeczki marchewkowe.


Zawsze fascynował mnie sposób w jaki umysł zapisuje wspomnienia. Wybiórczo robi przegląd wszystkich informacji, zostawiając tylko to, co w jakiś sposób mu się spodobało. Nie mam pojęcia ile procent naszego życia pamiętamy i jesteśmy w stanie przywołać. 5-10%? Gdyby nie zdjęcia, nie wiedziałabym już jak wyglądałam w czasie swojej komunii, wnętrze podstawówki byłoby teraz kompletnie obce. Jednak są jakieś migawki, sceny które z dokładnością co do zdania siedzą w zakamarkach umysłu i co jakiś czas stają przed oczyma jakby to było wczoraj. Może to właśnie te momenty, zwykłe, codzienne i bez wydumania nas kształtują i wpływają na to jak teraz postrzegamy świat? W jakiś dziwny sposób mózg uznał je za warte zapamiętania, więc coś w tym musi być.

Kiedy miałam z 4 czy 5 lat, często jeździłam z moją mamą do miasta. Najpierw załatwiała kilka spraw, a potem szłyśmy na spacer lub po zakupy. Pamiętam starą Piotrkowską (główna ulica Łodzi), bez wielu miejsc które tak teraz lubię, dorosłych ludzi pędzących gdzieś przed siebie, riksze których koła turkotały na brukowanym deptaku, gołębie zbiegające się do staruszki rzucającej okruszki pieczywa... Czasem szłyśmy na plac Wolności usiąść pod pomnikiem "pana Kopciuszki", czasem siadałyśmy na pasażu Rubinsteina przy Hortexie pobawić się wodą z fontanny. Potem wchodziłyśmy do sklepu indyjskiego który pachniał kadzidłami. Ja oglądałam kolorowe błyskotki, mama przeglądała jeszcze bardziej kolorowe materiały. Następnie wchodziłyśmy w jedną z szarych bram, w której ukryty był sklep nazywany przeze mnie "sklep u pana Araba". Już wtedy go uwielbiałam. Od samego wejścia otulał nas zapach orientalnych przypraw, a z zaplecza dochodziły odgłosy ożywionej rozmowy w tajemniczym języku. Kiedy mama kupowała garam masalę na wagę, ja chodziłam po wnętrzu i oglądałam etykiety produktów których nigdzie indziej nie dało się zdobyć. Jeszcze długo po wyjściu ze sklepu w nosie kręciły się bliskowschodnie aromaty.

Do domu zawsze wracałyśmy tramwajem z przystanku na Zielonej. Jednak przed powrotem wchodziłyśmy do cukierni "Miś", mieszczącej się tuż koło przystanku. "Poproszę dwie marchewkowe babeczki" - mówiła mama a ekspedientka pakowała ciastka do papierowej torby. Siedząc w tramwaju rozmawiałyśmy skubiąc jednocześnie po kawałku babeczki które do dziś pamiętam. Słodkie, lekko korzenne, puszyste... Od tamtego czasu ulubione, nie było wizyty w mieście bez nich.


I choć teraz często jeżdżę tramwajem z Zielonej a cukiernia wciąż jest w tym samym miejscu, to babeczek już nie ma. Pytałam o nie, można co najwyżej zamówić. A szkoda, bo kupiłabym babeczkę, poszła usiąść na ławeczce Tuwima i opowiedziałabym mu jak kiedyś nazywałam go "panem ze złotym nosem". Może i on mógłby mi coś opowiedzieć ze swojego dzieciństwa, też przecież spędzonego w Łodzi?



Babeczki marchewkowe (inspirowane przepisem Sophie Dahl, lekko zmodyfikowane. 15 sztuk)

             Składniki:

  • 2 jajka
  • trochę więcej niż 1/2 szklanki cukru
  • 3/4 szklanki oleju
  • 1 i 1/4 szklanki mąki (dowolnej, u mnie pół na pół tortowa z orkiszową razową)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich, grubo posiekanych 
  • duża garść rodzynek
  • 1 i 1/2 szklanki startej marchewki
  • 1/3 szklanki ciepłej wody
             Wykonanie:
  1. Piekarnik nastawić na 190 stopni.
  2. Przesiać do miski mąkę z przyprawami i proszkiem, dorzucić orzechy, rodzynki i marchewkę, wymieszać.
  3. W drugiej misce ubijać mikserem jajka z cukrem i olejem aż zrobią się puszyste. Dosypać suche składniki i wodę, wymieszać łyżką tylko do połączenia składników.
  4. Blachę do babeczek wyłożyć papierowymi papilotkami, wypełnić masą do 3/4 wysokości. 
  5. Wstawić do piekarnika i piec 25 minut (do suchego patyczka).
Smacznego!

poniedziałek, 8 września 2014

Prochy, kulki i inne wynalazki. Pudding chia z duszonymi jabłkami i aronią.


Jagody goji, spirulina, nasionka chia, chlorella, młody jęczmień, matcha... Superfoods opanowały blogi i modne knajpy. Czy słusznie? Pewnie tak, bo nie bez powodu zostały opatrzone tą dumną nazwą. Mają wpływać na wieczną młodość, zdrowie i dzięki nim bóg wie jakie ustrojstwa będą trzymać się od nas z daleka. Część z nich jest całkiem smaczna, część smakuje okropnie i na kilometr śmierdzi zepsutą rybą. Do tego kosztują krocie. Jednak nawet to nie jest w stanie odstraszyć klientów, bo owszem wydamy połowę pensji, ale obietnica usunięcia wszystkich dolegliwości robi swoje. I nie mówię że to głupie a wręcz zachęcam do spróbowania tych cudów, ale i tak jeszcze mocniej zachęcam do tego by po prostu obserwować jak organizm reaguje po różnych produktach i kupować najtańsze i za razem najlepsze superfoodsy: lokalne kasze i tony sezonowych warzyw i owoców.

Jako przepis coś na szybkie śniadanie. Nasionka chia mają tą śmieszną właściwość że pochłaniają 9 razy więcej płynu niż same ważą, i tworzą tak ostatnio popularny pudding chia. Zalewa się je wieczorem, wstawia na noc do lodówki a rano wyjmuje czarne żelowate glutki w białym płynie. Same w sobie nie mają za dużo smaku, pochłaniają go z płynu użytego do przygotowania. Rano wystarczy dołożyć dowolne dodatki, i (chyba?) superzdrowe śniadanie gotowe! (Mimo wszystko i tak wolę owsiankę ;)


             Składniki:
  • 2 łyżki nasionek chia
  • Ok. 3/4 szkl. dowolnego mleka (u mnie kozie)
  • 1 jabłko
  • Garść aronii
  • Duża szczypta cynamonu
  • 2 goździki 
  • Jagody goji
             Wykonanie:
  1. Wieczorem zalać nasionka mlekiem i dokładnie zamieszać. Wstawić do lodówki. Przed snem najlepiej jeszcze raz je zamieszać bo lubią zbić się w większe grudki.
  2. Rano jabłko pokroić w kostkę, wrzucić na rozgrzaną patelnię z odrobiną wody, cynamonem i goździkami, chwilę dusić pod przykryciem, dorzucić aronię i jeszcze chwilkę razem poddusić.
  3. Wyłączyć gaz pod patelnią, wyrzucić goździki i nałożyć gorące jabłka na pudding, posypać jagodami goji.
Smacznego!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...